Sunday, February 23, 2014

Do Berlina? Do Berlina pięć godzin...

Wymordowanie całego posterunku przez niezidentyfikowanych agresorów na granicy z Niemcami wstrząsnęło elitą rządzącą. Nadzwyczajne zebranie sztabu kryzysowego miało za zadanie znaleźć odpowiednie wyjście z zaistniałej sytuacji. Podkręcane przez ostatnie lata napięcie między dwiema potęgami dawało upust w podparyskim bunkrze. Podniesiony głos prezydenta budził wojownicze zapędy potomków Napoleona.
    -Nie możemy puścić tego płazem - tymi oto słowami zaczął spotkanie prezydent Maisonneuve - Po rozwiązaniu Unii, Niemiaszki za bardzo się rządzą. Znamy rozmieszczenie i siłę ich wojsk. Brytyjczycy nas wesprą. Nasz sztab ma opracowane plany ofensywy, a połowa ich oddziałów znajduje się na granicy polskiej. Nawet jeśli nie zmiażdżymy ich ostatecznie, możemy szybko przejąć kontrolę nad zagłębiem Ruhry - prezydent kontynuował swój wywód, a wszyscy ministrowie patrzyli na niego w pełnym skupieniu.

    -Powtarzam, ta prowokacja wymaga odpowiedzi! Naszą wschodnią granicę przekracza właśnie karna ekspedycja, która ma nauczyć Niemców moresu. Ciągłe ataki na nasze postulaty we wszystkich międzynarodowych naradach, ostatnio nałożone embargo na nasze wina oraz ich urządzenia optyczne - wystarczy już tego! Jeśli Federacja nie zadośćuczyni nam wyrządzonych krzywd, to sami pobierzemy wystarczającą rekompensatę - przemówienie Maisonneuve wywołało burzę oklasków, tak na placu na którym się odbywało, jak i w licznych domach, gdzie telewidzowie, dając się ponieść atmosferze chwili, powstali ze swoich foteli i także zaczęli klaskać. Nastroje w społeczeństwie były niezwykle wręcz prowojenne.
    Francuzi nie spodziewali się aż takiego oporu na samej granicy. Niemiecki system bunkrów, był nieco inny niż przeciętne. Zamiast uaktywnić wszystkie gniazda oporu jednocześnie, załoga niektórych ukrywała się w pomieszczeniach podziemnych. Kiedy piechota opanowywała konkretny fort, prawowity garnizon zarzynał śpiących agresorów, a następnie przy użyciu ciężkiej broni ostrzeliwał jadące na front kolumny czołgów oraz tabory. Impet armii francuskiej został więc załamany, a kiedy dywizje wschodnie przybyły na front, żadna ze stron nie mogła uzyskać zdecydowanej przewagi. Zniesmaczony prezydent miał więc zamiar splądrować podporządkowany teren, a następnie zawrzeć pokój.
    Nad Zamkiem Królewskim dało się słyszeć warkot wirników. Dwa olbrzymie helikoptery transportowe typu "Niedźwiedź" podchodziły do lądowania na specjalnie przystosowanej platformie, wybudowanej po przeniesieniu głównej siedziby władz do Krakowa. Kilkudziesięcioosobowa kolumna cywilów wyślizgnęła się z nich i rozpierzchła po mieście. "Zasłużyli na te dwa dni przepustki" pomyślał mężczyzna, tamujący krwotok z nosa chusteczką. Ubrany w elegancki garnitur ruszył równym krokiem w stronę Gabinetu. Tam właśnie rezydował Pan Brat, najwyższy dygnitarz Czwartej Rzeczypospolitej.
    Grupa Armii "Zachód", skoncentrowana na granicy polsko-niemieckiej, rozciągała się na ponad 400 kilometrów. Silniki czołgów, wrzucone na jałowy bieg, cicho mruczały. Oparta o pancerze transporterów piechota, konsumowała przydzielone na dzisiaj racje żywnościowe. Kiedy usłyszeli wizg silników odrzutowych nad swoimi głowami, wszyscy zajęli swoje pozycje. Rozgrzane silniki czołgów szybko rozpędzały maszyny do prędkości marszowej.
    Marszałek Rębacki obserwował korpus. Grupa Armii "Zachód" składała się z armii "Zachód, "Wschód", "Środek", "Gdańsk", "Pabianice", "Puławy" i wszystkich innych jakie tylko przyszłyby do głowy. Pakt o nieagresji pomiędzy Rzecząpospolitą a Federacją Niemiec kończył się za dwie i pół minuty. W tym czasie, zwalniające do prędkości bojowej ekonomicznej pojazdy, miały przejechać ostatnie kilka kilometrów dzielące je od granicy. Adiutant zszedł po ostatnich stopniach prowadzących do platformy widokowej Mobilnego Centrum Dowodzenia "Husarz".
    -Panie marszałku, wszystkie wojska poruszają się zgodnie z harmonogramem. Czy życzy Pan sobie, aby przekierować na ekrany transmisję z przemowy Pana Brata? - zapytał adiutant. Widząc przyzwalające machnięcie ręki szybko wdusił odpowiednie przyciski na pilocie. W "Husarzu" zamiast olbrzymich okien używano zewnętrznych kamer oraz ekranu o wysokiej rozdzielczości. Przemowa miała się ku końcowi, przywódca po objaśnieniu bzdurnych powodów interwencji ("należy wspomóc bratni nam, francuski naród, który tak wiernie wspierał nas w ostatnim stuleciu ubiegłego millenium. Bez ich wsparcia, wielu naszych żołnierzy nie miałoby przecież gdzie umrzeć!") odpowiadał na pytania dziennikarzy. Zbliżenie na odzianego w zamszową kurtkę gryzipiórka, zatoczenie szerokiego okręgu, ujęcie na smoliście czarny płaszcz Pana Brata, szum, nagle zaskakująco wyraźna fonia.
    -"Panie Bracie, kiedy więc mamy się spodziewać najbliższych sukcesów? Kiedy nasi chłopcy dotrą na przykład do..." - efektowna chwila pauzy, w oczach dziennikarzyny dało się zobaczyć błysk oraz pewność, że jego pytanie skonfunduje pytanego - "Do Berlina?"
    Spokojne oczy zdawały się spoglądać w głębię duszy młodzieniaszka, tłamsić jego wolę, obiecywać bliskie spotkanie z  "Wilkami" - tajną policją IV RP. I już, gdy cały kraj był pewien, że nigdy nie usłyszy odpowiedzi, dało się słyszeć modulowany, wygładzony przez lata przemówień głos.
    -"Do Berlina? Do Berlina pięć godzin..."

Custodia

    Niedawny incydent na granicy niemiecko-francuskiej zdecydowanie zagęścił atmosferę w całej Europie. Był on jednocześnie całkowicie niespodziewany, a zarazem tragiczny w skutkach. Nasilająca się w krajach niegdysiejszej Unii Europejskiej entropia objawiała się coraz większą ilością takich właśnie "incydentów". Ten wydawał się jednak nieco bardziej istotny.
    Niewielki oddział nieoznakowanych komandosów przeniknął na teren francuskiego posterunku granicznego. Posterunek był ciężko ufortyfikowany, miał on stanowić bowiem jeden z głównych punktów oporu powstającej linii Hardey'a - systemu umocnień finansowanego przez rządy Francji i Wielkiej Brytanii. Liczne gniazda karabinów maszynowych, liczący kilkudziesięciu weteranów garnizon, działa przeciwpancerne, artyleria oraz ich obsługa - było tutaj około dwustu osób. Wewnętrzny plac miał kształt sześciokąta, na którego wierzchołkach znajdowały się wieże obserwacyjne. Po murach chodziły liczne patrole, cały posterunek był obserwowany przez grupę niezależnych od siebie snajperów, zakamuflowanych w, porozrzucanych w kilometrowych odstępach, punktach obserwacyjnych. Był.
    Jean, wachmistrz na południowo-zachodnim wierzchołku sześciokąta ujrzał biegnącą w jego stronę postać. Człowiek potknął się, wstał, obejrzał się za siebie i przyśpieszył. Jean szybko rozdysponował swoich podkomendnych, każąc im się ubezpieczać, po czym zbiegł do furty. Zdecydował, że najpierw wpuści biegnącego, samotny nie mógł wiele zdziałać przeciwko całemu posterunkowi. Na tych terenach często grasowały wilki, być może jakaś wataha goniła mieszkańca okolicznej wioski, a ten, wiedząc o posterunku uznał go za swoją ostatnią deskę ratunku. Intensywnie machający rękoma kształt wbiegł przez furtę, ledwo dysząc upadł na ziemię i próbował tam złapać oddech. Francuzowi wydawało się, że słyszy kilka dobiegających z górnego poziomu, na którym została reszta jego podkomendnych, plaśnięć. W dalszej analizie dziwnych dźwięków przeszkodziła mu jednakże dziura o średnicy 7,62 mm, ciągnąca się od jego lewego oka, przez mózgoczaszkę, aż do potylicy.
    Sekcja Walki Dalekosiężnej, licząca ośmiu mężczyzn i dwie kobiety, spokojnie przeładowała swoje modułowe karabiny. Podzielona na dwie grupy, pozwoliła wyeliminować południowo-zachodni oraz południowy posterunek. Oba oddziały miały teraz, przy użyciu swoich haków wspinaczkowych, zająć pozycję na murze pomiędzy tymi posterunkami, skąd mogły kontynuować wspieranie pozostałych komandosów.
    Sekcja Szturmowa, także podzielona na dwie podgrupy, wślizgnęła się przed otwarte furty. Dziesięciu żołnierzy w każdej, szybko pozbawili obrońców uniformów, przebrali się w nie, a następnie, udając regularny patrol, ruszyli po murach w stronę kolejnych posterunków.
    Kiedy dowódca południowo-wschodniej wieży dostrzegł zmierzający w jego stronę patrol, zdziwił się niepomiernie. Kiedy wywołał ich przez krótkofalówki, ci wprawdzie odpowiedzieli nienaganną francuszczyzną, ale mimo to, ogarnęły go złe przeczucia. Zebrał więc całą załogę swojego posterunku, i, niczym ostatni kretyn, ruszył na spotkanie.
    Specjalnie przystosowane do całej akcji, wyciszone strzelby wypaliły krótką salwą. Niemalże każdy potencjalny scenariusz został dokładnie opracowany i przećwiczony jeszcze w ośrodku szkoleniowym. W wypadku, gdyby załoga posterunku chciała nawiązać kontakt na niewielkiej odległości, oddział miał błyskawicznie sformować dwuszereg i wypalić salwę na wzór XVIII-wiecznych fizylierów - pierwszy szereg klęczący, drugi wyprostowany. Nowoczesne strzelby o dużej sile rażenia literalnie poszatkowały całą francuską załogę. Na drobne kawałeczki.
    Po zajęciu wszystkich wież, zamontowane w nich ciężkie karabiny maszynowe zostały wyrwane z gniazd i przeniesione przed wejście do baraków obsługi. Wrzucony do środka granat dymny, zdezorientował ich na tyle, że wszyscy próbowali wybiec jedynym wyjściem. Masakra trwała tylko kilkanaście sekund.
    Komandosi opuścili posterunek w zorganizowanej formie. Straty własne ograniczyły się do jednego złamanego otwieranymi drzwiami do wieży, nosa. Przez cały czas trwania operacji, nie podniósł się alarm, a kamery zarejestrowały tylko poruszające się, nieoznakowane postaci.

Sunday, February 2, 2014

Cirrus

    Dookoła panowała przyjemna atmosfera jesiennego wieczoru, zachodzące słońce rzucało cienie na złote drzewa, pusta droga rozpościerała się przed, właśnie odebranym przez Marcina z salonu, Hummerem. Dzisiejszy dzień był bardzo udany, zawarł kolejną umowę, odebrał auto i jechał właśnie do Anety z kwiatami i szampanem. 
    Wilk słysząc głośne mruczenie silnika, cofnął się głębiej w las. Wyczuwał coś niedobrego w powietrzu już od rana. Sarny nie wyściubiały nozdrzy zza drzew, dziki już dawno zostały wytrzebione. Las zapadał się w sobie, drzewa rosły słabsze niż kiedyś, listowie było uboższe. Zanieczyszczenia, myśliwi, kłusownicy - to wszystko utrudniało, i tak już ciężką, walkę o przetrwanie.
    Pogoda zaczęła się pogarszać, chmury zasnuwały niebo, odcinając resztki światła. Marcin zauważył, że niektóre Cirrusy były do siebie bardzo podobne i leciały szybciej niż pozostałe. Ich długie nitki mknęły na zachód, przypominając flotę bombowców. Kiedyś dużo bawił się w rozpoznawanie chmur, dlatego kiedy zaczął z nich padać deszcz, był co najmniej zaskoczony. Do samochodu zaczął wnikać dziwny zapach, nieco przerażony trzydziestolatek uruchomił systemy filtracji powietrza. Po chwili zaczęło mu się robić słabo, ale kiedy filtry poradziły sobie z zapachem, wróciła mu jasność umysłu. Wyłączył odtwarzacz płyt, uruchomił radio, znalazł ręcznie swoją, niezapisaną jeszcze, ulubioną stację. Wsłuchując się w wokal Kilmistera usadowił się nieco wygodniej w skórzanym fotelu, po czym przydusił pedał gazu do podłogi.
    W wieżowcu stacji radiowej panowała panika. Pogoda była nieciekawa, wszystkie okna były więc zamknięte. Przed kilkoma minutami, szef piaru, wysoki na dwa metry, ważący dobrze ponad dziewięćdziesiąt kilo byczek, stoczył się ze schodów prowadzących na najwyższe piętro, zwymiotował na podłogę, wybełkotał coś brzmiącego jak "...kajcie.... gasss...", zwymiotował raz jeszcze, zacharczał i stracił przytomność. Lub umarł. Tego nie wiedział nikt, w połączeniu z jego zagadkowymi słowami, zaciekawienie wzrosło do wystarczającego stopnia, aby, przezwyciężając obrzydzenie związane z kolorowymi jeziorami, po których pływały kawałki kanapek, chudziutki student-stażysta spróbował przewrócić przyszłego współpracownika na plecy. W zamian za to, zaraz po dotknięciu jego ciała, zakołysał się, zamrugał oczami i sam stracił przytomność. Reszta obserwatorów odsunęła się nieco, a kiedy zaczęli czuć dziwny zapach, szybko pobiegli niżej. 
    Po efektownej solówce radio zamarło. Nie brzmiało to jednak jak utrata zasięgu, a raczej, jakby skończył się program nadawania. Zaskoczony kierowca zaczął skakać po innych stacjach, w większości panowała jednak głucha cisza, kończyła się piosenka lub dało się słyszeć dziwny dźwięk, przypominający krztuszącego się człowieka. Marcin zadzwonił do Anety, ale suchy komunikat automatu, dał mu do zrozumienia, że linie są przeciążone. Kiedy strużka potu wpadła mu do oka, zamrugał gwałtownie, niemal wjeżdżając w drzewo. Przyśpieszył jeszcze bardziej, dacza była już niedaleko.
    Po ostatniej serii ataków terrorystycznych, większość biur posiadała specjalne schrony, do których zjeżdżało się kilkoma windami. Uruchamiając alarm przeciwpożarowy, pracownicy szybko wtłoczyli się do wind i wdusili przycisk, który miał zagwarantować im bezpieczeństwo. Windy, stojące zawsze na najwyższym poziomie, aby móc zabrać jak największą ilość ludzi zaczęły zjeżdżać na środkowe piętro. Były oczywiście puste, jako że cały zespół piarowców leżał grzecznie w swoich fotelach. Dopiero kiedy za radiowcami zamknęły się drzwi wind, zrozumieli, jak straszny błąd popełnili. Zapach, unoszący się od ich eks-szefa oraz studenta dało się wyczuć także w windach. Opadając w dół, niektórzy słyszeli jeszcze rozpaczliwe uderzenia o metalowe  ściany próbujących się wydostać współpracowników. Tylko jeden nie stracił resztek rozsądku, wstrzymał oddech, przyłożył chusteczkę do twarzy i modlił się, aby windy były tak szybkie jak w specyfikacji. Kiedy udało się dojechać na sam dół, ledwo żywy wytoczył się z windy, dusząc guzik zamknięcia drzwi. Z pomieszczenia, do którego mieli dojechać wszyscy udało mu się dotrzeć do śluzy. Zamykając ją, popatrzył na pozostałe windy, otwarte, ukazujące w pełnej krasie swój nieruchomy ładunek.
    Marcin wyciągnął maskę gazową, obowiązkowe wyposażenie każdego auta po zamachu z '22, kiedy w Sejmie Rzeszypospolitej Trojga Narodów niemiecki terrorysta rozpuścił najnowocześniejszy gaz wojskowy. Otworzył drzwi i pobiegł do daczy, szybko wpisując kody do drzwi. Z zaskoczeniem zobaczył biegnącego do niego doga Anety, razem z nim wszedł do budynku. Kiedy usłyszał krzyk kobiety, wołającej jego imię, odetchnął.
    Pusty schron, przeznaczony na trzydzieści osób, napełniał trwogą. Zamierzał w nim zostać, dopóki nie dostanie jakiejś wiadomości ze świata zewnętrznego, zapasy miały wystarczyć na kilkanaście tygodni. Poczuł się nieco lepiej, wyjął z barku Cytrynówkę, wypił kilka kolejek, usiadł w fotelu prezesa. Spróbował porozumieć się z kimś na jednej z awaryjnych częstotliwości, żadna jednak nie odpowiadała.
    Miasto było nieruchome. Rozbite samochody, tłumy leżących na sobie martwych przechodniów. Przeraźliwy dźwięk klaksonu, wduszonego przez czyjąś bezwładną głowę, psy wyjące nad swoimi nieruchomymi właścicielami, wciąż pracujące silniki niektórych aut, dźwięki telewizora zza otwartych okien. 
    Wszystkie media, poza internetem, milczały. Większość ludzi zaczęła pisać na najprzeróżniejszych forach oraz blogach. Para szukała wiadomości w coraz dziwniejszych miejscach, kiedy kolejne źródła cichły. Komuś kończyły się zapasy, opuszczał więc swoje mieszkanie, ale nigdy potem się już nie odzywał. Pojawiły się różne teorie, jedni oskarżali kosmitów, inni Iluminatów. Tajemnicza trucizna zabijała tylko ludzi, tutaj wszyscy byli zgodni. Musiała być więc zaawansowana technologicznie, ale i tak wszystko rozbijało się o domysły. 
    W końcu, ktoś napisał ponownie. "Wygląda na to, że znowu jest bezpiecznie. Jedyne co może Wam grozić, przynajmniej w Małopolsce, to smród gnijących zwłok. W zamian za to, możecie mieć tyle sprzętu i żarcia, ile tylko sobie weźmiecie, ja mam już kilkanaście smartfonów, cztery najnowsze Syreny i namiary na kilkadziesiąt najciekawszych księgozbiorów. Zabrałem sobie także Damę z Łasiczką, a co mi tam, systemy alarmowe i tak nie działają." 
    Marcin nie chciał ryzykować, pojechał więc tylko do najbliższego małego miasteczka. Wkraczając do miasta, wystraszył olbrzymie grupy padlinożerców. Ograbił kilka sklepów, omijając szerokim łukiem na wpół rozłożone ciała, dzieci z wyjedzonymi gałkami ocznymi. Jakiś doberman biegał radośnie w kółko z kością udową listonosza, inny obgryzał głowę jakiegoś hipstera. 
    Kiedy wracał do daczy, wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Zasnął z wtuloną w niego Anetą, zastanawiając się, jak będzie wyglądać teraz ich życie, jak wielu ludzi przeżyło, co się stanie, jeśli ktoś dobierze się do baz wojskowych. Anarchia nie wydawała mu się najlepszym rozwiązaniem.
    Po pierwszej nocy, radiowiec zaczął z zaciekawieniem bawić się konsolą sterowania bunkra. Przypadkiem udało mu się uruchomić sekwencję wysysania powietrza z zewnętrznych pomieszczeń bunkra, mającą służyć jako system ochronny w wypadku ataku jakichkolwiek istot żywych. Nie wiedząc co robi, mocno już podpity, poszedł ponownie zbadać śluzę. Potknął się o próg, stracił przytomność, a brak tlenu dokonał dzieła.
    Jedenastego dnia po powrocie, Aneta zaczęła mieć duszności. Przerażony Marcin próbował się nią opiekować. Kolejne fora pisały o drugim stadium, trucizna rozprzestrzeniała się ponownie z gnijących ciał, nie powodowała jednak natychmiastowych efektów. Pozostawała ukryta przez około dwa tygodnie, była jednak tak samo zakaźna, jak w pierwszym stadium. Marcin nie pokazał jej tych wiadomości. Dwunastej nocy umarła. Przytulił psa, nasypał mu karmy, wziął kluczyki od jej Syreny Sport. Zostawiając otwarte drzwi, wyjechał na drogę, rozpędził się do maksymalnej prędkości i zakończył swój żywot na jesiennym drzewie. Dogorywając, wydawało mu się, że niektóre z chmur przypominają świecące cygara.
    W jednym z cygar, w bardziej cywilizowanych krańcach galaktyki znanych jako Censurer XIII, młody oficer pomaszerował na mostek. "Wygląda na to, że równowaga w ekosystemie ziemskim została przywrócona, kapitanie. Agresywny gatunek został wyeliminowany, a ich siedliska są już ponownie adaptowane przez resztę form życia." I te oto słowa, posłużyły jako epitafium dla tysiącletniej historii ludzkości.