Thursday, January 16, 2014

Si vis pacem...

    Atol Karaibów, 1968 rok
    Silniki atomowe we wnętrzu U-Boota cicho mruczały. Po pokonaniu ZSRR, maszyna wojenna III Rzeszy zaczęła się opierać niemalże wyłącznie na nich. Po zapewnieniu sobie Lebensraumu, okupionego krwią zbyt wielu niemieckich żyć, nikt nie miał ochoty na kolejną wojnę, tym razem ze Stanami Zjednoczonymi. Wunderwaffe, jaką były głowice atomowe umieszczone w rakietach typu A5, mogło zostać użyte jako sposób na podbicie całego świata. Naziści opracowali tę broń już podczas przekraczania Uralu, a przed zakończeniem operacji, o jakże przewrotnym kryptonimie "Kamel", posiadali już kilkanaście w pełni sprawnych głowic. Śmierć Führera doprowadziła jednak do wielkich walk wewnętrznych, głównie między Himmlerem a Goebbelsem. Po zwycięstwie tego ostatniego, Abwehra zorientowała się, że Amerykanie zdołali już skopiować technologie bomby atomowej.
    I tak właśnie, kapitan Oskar Hümmer patrolował wybrzeże nazistowskiej Kuby. 50-letni oficer pamiętał jeszcze czasy Rudeltaktik i był prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym przez Aliantów dowódcą, jaki kiedykolwiek służył we flocie. Der Kaltes Krieg, jak nazwano ostatnie dwudziestolecie przeżywało właśnie najgorętszy okres. Apogeum napięcia było spowodowane projektem budowy kilkunastu wyrzutni "piątek" w tym rejonie. Zainspirowana przez Göringa idea zaogniła tylko silne napięcie dyplomatyczne pomiędzy ambasadami dwóch największych z ówczesnych potęg. Cały archipelag Karaibów był zapełniony U-Bootami oraz amerykańskimi Submarines. Spora część dowódców pamiętała jeszcze etap Bitwy o Atlantyk i miało do siebie dawne urazy.
    Kiedy Jack Ripper, Captain of United States Submarine, zobaczył płynącego na pełnym wynurzeniu Ulfa - okręt Hümmera - zawrzała w nim krew. Był niemal pewien, że któryś z jego kompanów zatopił Ulfa, wyjątkowo rozpoznawalnego przez namalowaną na ścianach mostka wilczą głowę. Przypomniał mu się '47, kiedy będąc na pełnym morzu dostał zaszyfrowaną wiadomość.
    Kapitanie Ripper,
z przykrością informujemy, że frachtowiec, którym płynęła pańska żona, obie córki oraz matka został zatopiony przez nazistowskiego U-Boota, pływającego pod kryptonimem "Ulf".
Nasze kondolencje

Wydział Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych
    W jednej chwili, skomasowany przez kilkanaście lat gniew zaczynał wzbierać w pochodzącym z Georgii wojskowym, dało się słyszeć krzyk radiowca. "Szyfrogram dla pana kapitana, szyfrogram!" - wrzeszczał świeżo zaokrętowany chłopak, biegnąc przez cały okręt. Nie zdawał sobie sprawy z poruszenia, jakie wywoływał. Jack ujrzał swoją szansę. Kiedy chłopak opuścił kajutę, weteran nawet nie sięgnął po deszyfrator. Rozkazy musiały dotyczyć przewidywanej na dzisiaj zmiany trasy patroli, poza tym nie zawierały żadnych specjalnych oznaczeń, więc nie zwrócił na nie większej uwagi. Odczekał kilka minut, które byłyby mu potrzebne na odczytanie wiadomości, założył pełny mundur, po czym wyszedł z marsową miną. 
    Śmiertelnie poważony, oficjalnie ubrany kapitan w obecnej sytuacji politycznej oraz zaraz po nadanym szyfrogramie idący ciasnymi korytarzami łodzi podwodnej narzucał olbrzymie napięcie. Kiedy doszedł do głównego pomieszczenia, cichym, napiętym głosem wydeklamował następujące zdania. "Niemcy zaatakowali. W ramach odwetu, należy ostrzelać najbliższy naziolski cel. Torpedziści, proszę zwodować trzy torpedy i zatopić Ulfa. God bless America." Jack uważał, że Amerykanie zwyciężą błyskawicznie, jeśli tylko zaatakują pierwsi. 

    Wszystkie okręty Oskara oraz jego stałej załogi posiadały ten sam malunek na kiosku, tak jedne z pierwszych, starych IIC, użytych tylko podczas kampanii wrześniowej, jak i ten oto, hipernowoczesny XXIX. Model ten posiadał skomplikowany system wyrzutni sprężonego powietrza, umożliwiający mu obrót o kilkadziesiąt stopni w ciągu kilku sekund, a także zmodernizowany układ awaryjnego zanurzenia. Kiedy sonar wykrył zbliżające się torpedy, połączenie tych dwóch systemów pozwoliło uniknąć wszystkich pocisków bez najmniejszego draśnięcia. "Meine Herren, zająć pozycje bojowe. Oberbootsman Heinrich, przekazać dowództwu, że Amerykanie wykonali atak. Proszę utrzymać głębokość 180 metrów, oraz obrać kurs na Miami."
    "Brak raportu o trafieniu, sir. Uniknęli naszych torped, jak papierowych samolocików..."- zdruzgotany obserwator spojrzał przerażonym wzrokiem na kapitana. Po szyi spływały mu powoli krople potu. Jeśli Niemcy będą chcieli przeprowadzić kontratak, ich okręt był bezbronny, w dodatku w Nowym Jorku jego rodzina nie miała pojęcia o wojnie. 
    Ripper popatrzył po marynarzach. Kilku weteranów, mnóstwo chłystków, świeżo zaciągniętych do floty. Młodzieńcze twarze patrzyły na niego z przerażeniem, ale i z wiarą. "Nie było żadnego rozkazu. U-Boot prawdopodobnie nadał już meldunek o ataku, gdybyśmy zdołali go od razu zatopić... Teraz nie ma to już znaczenia." - zdania te, wymyślone w jego głowie, nie mogły zostać wypowiedziane. Złapała go trema, niczym początkującego aktora. Wiedział, że prawdopodobnie wplątał Stany w wojnę, której nie mogą wygrać. Ukrył drżące dłonie za plecami, przełknął ślinę, po czym zaczął wykrzykiwać rozkazy, mające ukryć jego strach. "Ster lewo na burt, pełne zanurzenie, cała naprzód. Musimy dorwać tego skurwysyna, prawdopodobnie płynie na północ, aby ostrzelać naszą ojczyznę! Ustalić kurs przechwytujący, pośpieszcie się, mamy jeszcze szansę!". Kiedy wszyscy rozbiegli się do swoich zadań, kapitan poszedł powoli w stronę własnej kajuty. Wyciągnął schowanego w biurku Colta, przystawił go sobie do skroni i nacisnął spust. Wzmocnione drzwi wytłumiły dźwięk. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia, niemiecki sonar wykrył Submarine'a i wystrzelił w jego stronę torpedę z tylnej wyrzutni. Ładunek wysadził trzecią część łodzi, zwarcie uniemożliwiło nawet nadanie jakiegolwiek meldunku.
Welthauptstadt Germania
 pierwszy rok nowego millenium
    Z bunkrów atomowych wychodzili pierwsi ludzie. Opad radioaktywny z nowocześniejszych głowic znikał dużo szybciej, a w Germanię wystrzelone zostały tylko najlepsze rakiety. Jedynie dwóm z ponad trzydziestu wystrzelonych głowic udało się przebić przez obronę przeciwlotniczą. Około 40%, rozciągającej się na kilkaset kilometrów kwadratowych metropolii, pozostało w niemalżę nienaruszonym stanie. Mimo to, po zainstalowaniu systemów oczyszczania wody oraz zabezpieczeniu wciąż stojących budynków, ocaleni udali się do bunkrów, posiadających doskonałe systemy podtrzymywania życia. Teraz, kiedy procesy dezynfekcyjne miały się ku końcowi, Wehrmacht miał nawiązać kontakty z pozostałymi stacjami, dokładnie 13 lat i 93 dni po rozpoczęciu wojny, o godzinie 1:00 po południu, Mitteleuropäischzeit. Kiedy pierwszy SS-Man wychodził z bunkra, wszystko wyglądało w porządku. Obersturmbannführer Hans dał więc sygnał do wyjścia. Zza drzwi krypty zaczęli wychodzić więc żołnierze Wehrmachtu oraz kilkudziesięciu SS-Manów. Drzwi nie zostały zamknięte, patrol miał wyjść na krótki zwiad oraz wysłać kilku żołnierzy w stronę znajdującej się w okolicy stacji radiowej. Pierwsze strzały padły, kiedy Niemcy odeszli 40 metrów od krypty. Zmutowani eks-Aryjczycy ukazywali swoje oblicze superrasy przy pomocy ciężkich karabinów M66. Kiedy ostatnie ciało członka patrolu drgało bezwolnie na ziemi, mutanty wpadły do, pozbawionej już jakiejkolwiek ochrony, krypty...

Sunday, January 12, 2014

Visum

    Sterowiec majestatycznie przemierzał przestrzeń nad Morzem Śródziemnym. Pod nim przepływały statki, obok leciały ptaki, zaś wysoko nad nimi - samoloty. Wysoki mężczyzna odziany w oficerski płaszcz oraz noszący podkute, skórzane buty o wysokich cholewach spokojnie prowadził staromodną maszynę. Słońce świeciło mu prosto w oczy, ale nie przeszkadzało to ani jemu, ani pasażerkom. Nigdzie im się nie śpieszyło, lecieli odpocząć od swojego   codziennego życia.
    Ich codzienne życie było zaś niezwykle zajmujące. Każde z nich posiadało rodzinę, jednak żadne z nich nie wzięło swoich partnerów, ani potomków wraz ze sobą. Mężczyzna był adwokatem, w szlachetnym gronie znajdowały się także prezenterka, lekarka oraz malarka. Każdemu z nich życie nie szczędziło smutków, ani sukcesów. Do obecnych pozycji doszli ciężką pracą oraz wykorzystując swoją wyjątkowość, a także wspólną znajomość. Rzucona kiedyś obietnica "wakacji z Zeppelinem" nareszcie mogła się spełnić.
    Cały okręt był urządzony w międzywojennym stylu, klamki opływały złotem, drzwi wykonane z orzechu były ciężkie oraz solidne. Gondole były wykonane z olbrzymim pietyzmem, wyglądały niczym autentyczne. Każda z kabin posiadała wygodne łóżko, secesyjne biurko oraz zdobioną ornamentami lampkę nocną, doskonałą do wieczornych maratonów książkowych. Były to stałe elementy umeblowania, jednakowoż właściciele nadawali swoim pokojom indywidualne cechy. W pokoju kapitana dało się więc zauważyć gammadony, pani doktor wywieszała swoje dyplomy, prezenterka miała dodatkową szafę, tylko na buty, w których nigdy nie chodzi, zaś malarka ponadprzeciętną ilość książek. 
    Gondola podzielona była na mostek, kabiny oraz urządzoną z przepychem, acz gustownie, salę restauracyjną. Podróżująca w osobnej gondoli służba przygotowywała najprzeróżniejsze dania, aby wyprawa była urozmaicona oraz niezapomniana.
    Surrealistyczność całej wizji potęgowana była przez najprzeróżniejszą, kompletnie abstrakcyjnie dobieraną muzykę, odtwarzaną z specjalnie nagranych płyt winylowych. Także gramofon był dopasowany do całej kreacji, umieszczony w wysokiej, hebanowej szafie zdobionej specyficznymi ornamentami. Kiedy zbliżały się godziny nocne, służba zapalała świeczki w zawieszonych na ścianie kinkietach. 
    Powolnej podróży nie przerywało nic, a Afryka zbliżała się z każdą godziną. Cicho, spokojnie, acz w niezmiennym tempie.

Thursday, January 9, 2014

Crudelitatem

11. czerwca 1943 roku,Charków
    - A to jest właśnie cywilizacja - mając te oto, jakże dowcipne, słowa na ustach, SS-Man pociągnął za spust swojego Lugera. Głowa Rosjanina rozprysnęła się na wszystkie strony, ochlapując mundur kata. Nie było litości dla małp. Obrzydzenie wywołane widokiem targnęło nazistą. Twarz Rosjanina prowokowała w nim odruch wymiotny, dopiero kiedy rysy zostały zastąpione przez otwór wlotowy pocisku, nieco się uspokoił. Jego indoktrynacja postąpiła tak daleko, że rozbryzgana ludzka czaszka wydawała mu się mniej obrzydliwa, niż twarz człowieka należącego do niższej rasy. W całej wsi dało się słyszeć podobne suche trzaski liczącej 40 lat konstrukcji. 
    Okrucieństwo agresorów było niewyobrażalne. Brakowało jedynie odcinania skalpów, ale ci cywilizowani młodzieńcy nie czuli takiej potrzeby. Zostali wyprani z człowieczeństwa już kilka lat temu, a przynajmniej z człowieczeństwa względem Untermenschen. Ci, którzy wracali do domów byli znowu kochającymi mężami, ojcami, kochankami, synami. Czy to kobiety są ślepe i kochają bezmyślnych brutali, czy człowiek aż tak bardzo potrafi się zmienić, w zależności od otoczenia? Czy te matki nie widzą zacieków krwi na spodniach syna, powstałych podczas radosnych podskoków w, wypuszczonych przez matkę ośmiorga dzieci, kałużach płynów ustrojowych? Czy tym kochankom podobają się pieszczoty dłoni, które przed kilkoma dniami wypruwały flaki z innych kochanek?
lato 1943, Kursk
    Tupot podkutych butów, dźwięki wystrzałów, ryk silników, trzask karabinów. Jakiś młody Aryjczyk płacze, bo urwało mu nogę, a wraz z nią - marzenia. Marzenia o Lebensraumie, marzenia o Ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej, bezmyślny szacunek do Führerprinzip. Jego przekonanie o własnej wyższości nagle legło w gruzach, bo, czy na pewno jest kimś lepszym, jeśli te dzikie małpy mogą go aż tak zranić? Czy rzeczywiście ma to jakiekolwiek znaczenie, czy wygląda jak małpa, czy jak nordycki bóg? 
    Jego depresyjne przemyślenia przerywa obcy krzyk oraz huk wystrzału. Niemieckie natarcia się załamało, Rosjanie przejęli inicjatywę. Trzecia Rzesza upadała wraz ze zbliżającym się chrzęstem gąsienic. Mongolskie hordy znowu zalewały Europę. Okoliczne tereny zostały wyrzeźbione przez gąsienice czołgów, wsie spalone, ludzie wymordowani, zwierzęta pożarte przez nienasycony głód dwóch maszyn wojennych - nazistowskiej i radzieckiej. 
    

Monday, January 6, 2014

Optimus Prime

    "Chciałbym stworzyć coś perfekcyjnego, Natanielu. Arcydzieło, o którym będzie się mówić wszędzie. W Australii i w Kanadzie. Nad jeziorem Wiktorii i nad jeziorem Bajkał."-głos podnosił się-"W Nowym Jorku i w Singapurze. W getcie i w penthousie!"-głos opadł, mówca oblizał wargi, po czym wyszeptał-"Tutaj"-dębowa laska stuknęła o chodnik-"i tam"-starcze, węźlaste ramiona wskazały Księżyc. Nie wyglądał on już tak, jak 20 lat temu. Korporacja "FlyToTheMoon" (pisane razem, teraz wszystko maksymalnie skracano). 
     Robot słuchał Marka, markując uwagę. Androidy towarzyszyły ludziom na każdym kroku. To opracowanie ich dało możliwość kolonizacji Księżyca. Nie były może najlepszymi interlokutorami, ale zapamiętywały wszystko, co się do nich mówiło, były przy tym niemożliwe do podporządkowania przez osoby trzecie. Jeśli ktoś zaczynał grzebać przy ich rdzeniu pamięci - po prostu wszystkie obwody dostawały zwarcia. Nataniel nie był jednak zwykłym androidem. Marek nieco go zmodernizował. Nataniel doskonale nadawał się do podtrzymywania staruszka przy życiu. Posiadał butlę tlenową, bandaże, KardioDeBuster oraz olbrzymią wiedzę medyczną. Staruszek potrzebował więcej opieki niż przeciętny człowiek.
    Marek miał 123 lata. Był ubrany bardzo modnie, dokładnie tak, jak wymagał tego 2118 rok. Dopasowana kamizelka w prążki, dwurzędowy garnitur, krawat, kapelusz, eleganckie buty. Wszystko utrzymane w ciemnej tonacji, bo i czasy były ciemne. Życie ludzkie na Ziemi straciło na wartości. Teraz mieszkali tu tylko biedacy i staruszkowie. Za siły porządkowe służyły przestarzałe modele androidów, zawodne oraz przez nikogo niekonserwowane. 
     Jako jeden z prekursorów sztuki budowania androidów, znał wiele sztuczek, o których nikt inny nie miał pojęcia. Był jednym z największych umysłów matematycznych, jakie chodziły po Starej Planecie. Gdyby urodził się w Nowym Wieku, już jako piętnastolatka zaciągnięto by go do KosmicznejAkademii. Opracowane kilka lat przed kolonizacją kosmosu metody przedłużania życia okazały się jednak niekompatybilne ze sztucznie wytworzonymi atmosferami. Cóż, zwykły pech. Starość pozostawia się z tyłu, tak było od zawsze.
     Zużyte dłonie zaciskały ostatnie rurki. Kolejne narzędzia podawane były na skutek krótkich komend skierowanych do Nataniela. "Kombinerki"-drżąc z wysiłku, zestarzałe mięśnie umożliwiały połączenie kolejnego obwodu-"Śrubokręt"-wysunięty język, kropelka potu płynąca po nabrzmiałej żyle na skroni - wszystko to wskazywało na maksymalny poziom skupienia. Nareszcie! Jego największe dzieło było gotowe. "Dziękuję, Natanielu. Chciałbym teraz zostać sam". Marek popatrzył na stworzoną przez siebie maszynę. Uśmiechnął się i ją uruchomił.
     Zapomniał tylko o jednym. Jeśli cały wszechświat został właśnie zniszczony, to kto napisze w gazetach o jego dziele?

Iter

     Nad egzotycznym jeziorem  latały egzotyczne ptaki, egzotyczne ryby pluskały w wodzie, a egzotyczne zwierzęta biegały po egzotycznej dżungli. Tak właśnie odbierał to, zwiedzający Afrykę, Turysta. Od dawna marzył o tym, aby odwiedzić ten kontynent, chłonął tę egzotykę całym swoim "ja", całym swoim ciałem, całym swoim umysłem. Starał się odbierać jak najwięcej bodźców, aby móc wiele opowiedzieć swojej żonie oraz synowi, kiedy wróci już do domu. A przynajmniej tak wyglądało to dla postronnego obserwatora.
     Obok niego szli jego przyjaciele, z każdym z nich łączyło go mnóstwo przygód, zarówno strasznych jak i szczęśliwych. Znali się od dziecka, razem łowili ryby, chodzili na imprezy, ścigali się samochodami i rzucali cegłami. Zwykle nocą, w okna nielubianych kolegów, złośliwych belfrów, wścibskich sąsiadów. Szanowali jednak swoich rodziców, swoje pochodzenie, a także siebie nawzajem. Ich rodziny także przyjaźniły się, często spotykali się razem, a wszyscy opowiadali sobie ciekawe historie. Na Wigilii kilka lat temu, wujek Turysty opowiedział im wszystkim o niezwykłych historiach, jakie udało mu się przeżyć w oddziałach specjalnych. Historie te, tak ich urzekły, że, dosłownie kilka tygodni później, wszyscy zapisali się na listę werbunkową.
     Proceder porywania ludzi nie był wprawdzie niczym nadzwyczajnym w tych rejonach świata, ale ci konkretni handlarze czymś się różnili. Zdawało się, że za tym wszystkim stoi coś większego, porywano najbogatszych, najważniejszych ludzi. Często nawet jeśli uzgodniono wycieczkę z innym przewodnikiem, ten nagle, tuż przed ustalonym terminem, stawał się niedysponowany. A tacy ludzie nie mogą się całkowicie odprężyć, nawet na wakacjach. Ich terminarz jest zbyt napięty, na ich wycieczkach wszystko musi iść zgodnie z planem. Akurat przypadkiem, ten sam przewodnik jest zawsze wolny w danym terminie. I, także przypadkiem, najbliższa rodzina musi wysłać pokaźny czek, aby odzyskać swojego chlebodawcę. Wiadomo, że duże pieniądze dosyć często wpływają na losy państw. Jedno z nich, pod wpływem pewnej grupy niegdyś porwanych przedsiębiorców, zgodziło się więc wysłać Turystę oraz jego oddział, aby poradzili sobie z bandytami.
     I tak wylądowali tutaj, z fałszywymi dokumentami oraz fałszywymi historiami. Odziani w dopasowane stroje, pod którymi skrywali broń, prowadzeni przez miejscowego, podejrzewanego o handel ludźmi, przyjaciele przedzierali się przez dżunglę. Udawali bogatych, zachodnich przygłupów, zachwycających się egzotyką, dziką naturą oraz całą resztą. Nie miało to zresztą większego znaczenia, prowadzący ich tubylec wyceniał już jak drogo sprzeda firmowe garnitury, drogie buty oraz najprzeróżniejsze noszone przez nich akcesoria, a nie zajmował się ich grą aktorską.
     Kiedy zza zakrętu wyskoczyli uzbrojeni wspólnicy przewodnika, biznesmeni rzucili się na ziemię i zaczęli błagać o litość. Związano ich oraz zaprowadzono do siedziby porywaczy. Nikt nie trudził się przeszukiwaniem, ani zdzieraniem ubrań, nikomu nie wydawało się dziwne, że porwani wyglądali na nieco zbyt wysportowanych w porównaniu do większości bogatych turystów. Wrzucono ich wszystkich razem do jednego pomieszczenia i zamknięto za nimi drzwi. Żołnierze szybko rozcięli swoje pęta przy pomocy ukrytych noży, wyjęli broń, po czym zebrali się w grupę. Forteca była olbrzymia, ale nie miało to aż takiego znaczenia. Komandosi nadali sygnał satelitarny oraz rozdzielili się na dwie, czteroosobowe grupy. Kiedy z pobliskiej bazy wojskowej startowały dwa helikoptery, kolejni tubylcy padali z przeciętymi gardłami.
     Prawdopodobnie wszystko skończyłoby się błyskawicznie, gdyby nie totalnie przypadkowo podniesiony alarm. Komandosi utracili element zaskoczenia, handlarze naciskali ich coraz bardziej. Przyjaciele umierali jeden za drugim, nie mogli jednak w żaden sposób sobie pomóc. Patrzyli jak kolejne wspomnienia zostają za nimi, wspólnie rozbite samochody, głowy, butelki. Wycofując się , udało im się spostrzec, wyglądający dużo solidniej niż pozostałe, budynek. Wtargnęli do niego. We dwóch. Tylko tylu zostało. Kiedy zamykali drzwi, usłyszeli za sobą głos, wykrzykujący coś w dziwnym języku. Obracający się Turysta spostrzegł dziwnego Murzyna, poprzebijanego kawałkami kości oraz wytatuowanego w dziwne wzorki. Jego przyjaciel leżał z głową przybitą włócznią do ściany. Cała sytuacja wydała się Turyście abstrakcyjna, za nim kilkudziesięciu uzbrojonych dzikusów strzelało do niego z karabinów automatycznych, a tu jakiś dziwak rzuca włócznią. Tubylec dziwnie szybko rzucił się w jego stronę, nim komandos zdążył wycelować. Starzec poruszał się niezwykle szybko, kopnięcie wytrąciło pistolet, jedna ręka z nożem wyskoczyła do przodu, żołnierz zdołał tylko zablokować ją prawym, pozbawionym przed chwilą broni, przedramieniem.Turysta wciąż posiadał jednak nóż w drugiej ręce, wraził go więc w trzewia dziwaka.
     "I wanaowalaani..."- wydukał starzec, nie zdołał jednak dokończyć. Palba karabinowa zaczynała ucichać. Wiedziony dziwnym impulsem, turysta podniósł nóż starca. Było to długie, ceremonialne ostrze. Ozdobiono je klanowymi symbolami, a rękojeść była wyrobiona z hebanu. Żołnierze odeskortowali wciąż oszołomionego Turystę do helikoptera. Po powrocie do kraju natychmiast wystąpił o zwolnienie ze służby, po czym wrócił do domowego życia. Na dziesiąte urodziny podarował synowi zdobyczny nóż. Wkrótce jego rodzina i przyjaciele zrywali z nim kontakt, a on sam zaczął zaglądać częściej do kieliszka niż do własnego syna.

Collis

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące pasie się bydło.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące kocha się para.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące odbywają się szranki i konkury.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące ktoś kopie grób.

Jest takie wzgórze, całkiem puste. Przed wzgórzem rozpościera się radioaktywna ziemia i nic na niej nie ma.

Saturday, January 4, 2014

Plumbum exercitus

Ołowiane wojsko, stojące w kącie, czeka na swojego właściciela. Jest mu bliższe niż jakiekolwiek inne zabawki, każda z figurek zawiera jakąś część jego duszy. Jako ich generał dowodził nimi przez wiele batalii, walczył z nimi ramię w ramię.Teraz częściej zajmuje się psem, czyta książki. Kiedyś bawił się nimi raz na miesiąc. Pojawiał się wtedy kolejny żołnierzyk. Teraz chłopiec nie odwiedzał ich już od bardzo dawna. Tak samo ten dom przestały odwiedzać inne osoby. Ciocie, dziadkowie, sąsiedzi. Drzwi otwierają się, wyważone potężnym kopniakiem. Do pomieszczenia wchodzi on. Wysoki, niegdyś muskularny, lecz zaniedbane, mięśnie flaczeją. Obdarzony olbrzymim brzuchem, z czerwonym nosem, przetłuszczonymi włosami. Długa, poszarpana blizna wszerz przedramienia. Na łysej głowie kolejna, ledwo zagojona. Chłopiec podskakuje na łóżku, ucieka w kąt pokoju, pod biurko. Pies zaczyna piszczeć, wybiega z pokoju z podkulonym ogonem. Mężczyzna powoli się rozgląda. Otwiera usta, po pokoju rozchodzi się zapach alkoholu. "Nie przywitasz się z tatusiem, syneczku?". Prawa ręka podnosi się delikatnie, ledwie zauważalnie. "Chodź, stęskniłem się za Tobą, młody". Dłoń pieści klamrę od pasa, lewa jeszcze zwisa swobodnie. Chłopiec cicho chlipie w kącie. "Podejdź do mnie". Głos się podnosi, daje się wyczuć pierwszą nutę agresji. Gdzieś zniknęła ta słodycz, może uczucie. Może prawdziwa tęsknota? W pokoju słychać płacz, żałosne stworzonko skulone pod biurkiem łapie się za głowę, wie już co się za chwilę, za chwileczkę, dosłownie za momencik, wydarzy. Ciężkie, podkute buty, już dziurawe, zniszczone. Całkiem inne niż dwa lata temu, kiedy mężczyzna służył w brygadzie specjalnej. Kiedy zgarnął bliznę na przedramieniu, broniąc się przed ciosem noża. Teraz buty są ubrudzone w wymiocinach, a dumne ślady po walce znajdują się na głowie. Ich źródłem nie jest jednak nóż, a rozbita butelka po piwie. Prawy desant podnosi się i opada, dogania go, a zaraz po tym wyprzedza, lewy. Mimo rozstrojonego błędnika, w krokach wciąż widać marszowy trening. Pas nagle jest w jego dłoniach. Lewa ręka łapie chłopca za długie, pofalowane włosy, małe ciałko szoruje po ziemi. Gwałtowny ruch ręką, twarz chłopca uderza w łóżko. Pas unosi się, krzyk (bólu? radości? któż to wie, głosy się zlewają w jeden). "Nie kochasz swojego tatusia?". Uderzenie. "Nie chcesz go słuchać?". Piękna, stalowa klamra lśni w świetle mizernej żaróweczki, lecąc do góry. "My, w wojsku, gdy nie słuchaliśmy" - okrzyk bólu, klamra sięgnęła swojego celu - "rozkazów oficera" - kolejny okrzyk - "byliśmy bici do nieprzy-" - następny -"tomności"- ostatni. Mężczyzna wychodzi. Po łóżku ścieka krew z rozbitego nosa. "Syneczek" pochlipuje, nie może się już doczekać kolejnej wizyty "tatusia". Tęsknota wzbiera w nim bardzo gwałtownie. Z salonu dochodzą dźwięki telewizora. Chłopiec powoli wstaje, wlecze się do kuchni. "Co robisz, głupia kurwo", brzęk pękającej butelki. "Zarżnąć Cię czy zerżnąć Cię?", a może na odwrót? Bełkot ekskomandosa jest ciężki do zrozumienia. Szuflada w kuchni jest nieco uszkodzona, widać na niej odcisk podkutej podeszwy. Nóż  znajduje się w dłoni chłopca, kiedy  ociera twarz serwetką. Dopiero teraz podnosi głowę. Ze złamanego nosa wciąż cieknie krew, spływa i plami jego ubranie. Z pokoju słychać kobiece krzyki oraz męski głos, wydający na świat kolejne inwektywy. Czy ktoś słyszy kroki w przedpokoju? Czy można usłyszeć dźwięk noża przecinającego powietrze? Nagła cisza. Dziwny gulgot, nóż uderza o kafelki (kto ma kafelki w salonie?). Chłopiec wraca do swojego pokoju. Do pudełka pod łóżkiem chowa nóż, ceremonialny, którego ostrze (wciąż splamione krwią) jest ozdobione afrykańskimi symbolami, a rękojeść jest z pięknego, lśniącego hebanu. Na nożu widać zacieki oraz świeżą krew. W dłoni chłopca pojawiają się dwie figurki, jedna męska, druga kobieca. Dołączają do ołowianego wojska. Każdy z żołnierzy ma jakąś ranę, ciętą lub kłutą. Niektóre twarze wydają się chłopcu znajome, niektóre są do siebie podobne. Figurki lądują w pudełku. Pudełko ląduje pod pachą. Chłopiec ląduje na ulicy.