Wymordowanie całego posterunku przez niezidentyfikowanych
agresorów na granicy z Niemcami wstrząsnęło elitą rządzącą. Nadzwyczajne
zebranie sztabu kryzysowego miało za zadanie znaleźć odpowiednie wyjście z
zaistniałej sytuacji. Podkręcane przez ostatnie lata napięcie między dwiema
potęgami dawało upust w podparyskim bunkrze. Podniesiony głos prezydenta budził
wojownicze zapędy potomków Napoleona.
-Nie możemy puścić
tego płazem - tymi oto słowami zaczął spotkanie prezydent Maisonneuve - Po
rozwiązaniu Unii, Niemiaszki za bardzo się rządzą. Znamy rozmieszczenie i siłę
ich wojsk. Brytyjczycy nas wesprą. Nasz sztab ma opracowane plany ofensywy, a
połowa ich oddziałów znajduje się na granicy polskiej. Nawet jeśli nie
zmiażdżymy ich ostatecznie, możemy szybko przejąć kontrolę nad zagłębiem Ruhry
- prezydent kontynuował swój wywód, a wszyscy ministrowie patrzyli na niego w
pełnym skupieniu.
-Powtarzam, ta
prowokacja wymaga odpowiedzi! Naszą wschodnią granicę przekracza właśnie karna
ekspedycja, która ma nauczyć Niemców moresu. Ciągłe ataki na nasze postulaty we
wszystkich międzynarodowych naradach, ostatnio nałożone embargo na nasze wina
oraz ich urządzenia optyczne - wystarczy już tego! Jeśli Federacja nie
zadośćuczyni nam wyrządzonych krzywd, to sami pobierzemy wystarczającą
rekompensatę - przemówienie Maisonneuve wywołało burzę oklasków, tak na placu
na którym się odbywało, jak i w licznych domach, gdzie telewidzowie, dając się
ponieść atmosferze chwili, powstali ze swoich foteli i także zaczęli klaskać.
Nastroje w społeczeństwie były niezwykle wręcz prowojenne.
Francuzi nie
spodziewali się aż takiego oporu na samej granicy. Niemiecki system bunkrów,
był nieco inny niż przeciętne. Zamiast uaktywnić wszystkie gniazda oporu
jednocześnie, załoga niektórych ukrywała się w pomieszczeniach podziemnych.
Kiedy piechota opanowywała konkretny fort, prawowity garnizon zarzynał śpiących
agresorów, a następnie przy użyciu ciężkiej broni ostrzeliwał jadące na front
kolumny czołgów oraz tabory. Impet armii francuskiej został więc załamany, a
kiedy dywizje wschodnie przybyły na front, żadna ze stron nie mogła uzyskać
zdecydowanej przewagi. Zniesmaczony prezydent miał więc zamiar splądrować
podporządkowany teren, a następnie zawrzeć pokój.
Nad Zamkiem
Królewskim dało się słyszeć warkot wirników. Dwa olbrzymie helikoptery transportowe
typu "Niedźwiedź" podchodziły do lądowania na specjalnie
przystosowanej platformie, wybudowanej po przeniesieniu głównej siedziby władz
do Krakowa. Kilkudziesięcioosobowa kolumna cywilów wyślizgnęła się z nich i
rozpierzchła po mieście. "Zasłużyli na te dwa dni przepustki"
pomyślał mężczyzna, tamujący krwotok z nosa chusteczką. Ubrany w elegancki
garnitur ruszył równym krokiem w stronę Gabinetu. Tam właśnie rezydował Pan
Brat, najwyższy dygnitarz Czwartej Rzeczypospolitej.
Grupa Armii
"Zachód", skoncentrowana na granicy polsko-niemieckiej, rozciągała
się na ponad 400 kilometrów. Silniki czołgów, wrzucone na jałowy bieg, cicho
mruczały. Oparta o pancerze transporterów piechota, konsumowała przydzielone na
dzisiaj racje żywnościowe. Kiedy usłyszeli wizg silników odrzutowych nad swoimi
głowami, wszyscy zajęli swoje pozycje. Rozgrzane silniki czołgów szybko
rozpędzały maszyny do prędkości marszowej.
Marszałek Rębacki
obserwował korpus. Grupa Armii "Zachód" składała się z armii
"Zachód, "Wschód", "Środek", "Gdańsk",
"Pabianice", "Puławy" i wszystkich innych jakie tylko
przyszłyby do głowy. Pakt o nieagresji pomiędzy Rzecząpospolitą a Federacją
Niemiec kończył się za dwie i pół minuty. W tym czasie, zwalniające do
prędkości bojowej ekonomicznej pojazdy, miały przejechać ostatnie kilka
kilometrów dzielące je od granicy. Adiutant zszedł po ostatnich stopniach
prowadzących do platformy widokowej Mobilnego Centrum Dowodzenia
"Husarz".
-Panie marszałku,
wszystkie wojska poruszają się zgodnie z harmonogramem. Czy życzy Pan sobie,
aby przekierować na ekrany transmisję z przemowy Pana Brata? - zapytał
adiutant. Widząc przyzwalające machnięcie ręki szybko wdusił odpowiednie
przyciski na pilocie. W "Husarzu" zamiast olbrzymich okien używano
zewnętrznych kamer oraz ekranu o wysokiej rozdzielczości. Przemowa miała się ku
końcowi, przywódca po objaśnieniu bzdurnych powodów interwencji ("należy
wspomóc bratni nam, francuski naród, który tak wiernie wspierał nas w ostatnim
stuleciu ubiegłego millenium. Bez ich wsparcia, wielu naszych żołnierzy nie
miałoby przecież gdzie umrzeć!") odpowiadał na pytania dziennikarzy.
Zbliżenie na odzianego w zamszową kurtkę gryzipiórka, zatoczenie szerokiego
okręgu, ujęcie na smoliście czarny płaszcz Pana Brata, szum, nagle zaskakująco
wyraźna fonia.
-"Panie
Bracie, kiedy więc mamy się spodziewać najbliższych sukcesów? Kiedy nasi
chłopcy dotrą na przykład do..." - efektowna chwila pauzy, w oczach
dziennikarzyny dało się zobaczyć błysk oraz pewność, że jego pytanie
skonfunduje pytanego - "Do Berlina?"
Spokojne oczy
zdawały się spoglądać w głębię duszy młodzieniaszka, tłamsić jego wolę,
obiecywać bliskie spotkanie z
"Wilkami" - tajną policją IV RP. I już, gdy cały kraj był
pewien, że nigdy nie usłyszy odpowiedzi, dało się słyszeć modulowany,
wygładzony przez lata przemówień głos.
-"Do Berlina?
Do Berlina pięć godzin..."