Sunday, February 2, 2014

Cirrus

    Dookoła panowała przyjemna atmosfera jesiennego wieczoru, zachodzące słońce rzucało cienie na złote drzewa, pusta droga rozpościerała się przed, właśnie odebranym przez Marcina z salonu, Hummerem. Dzisiejszy dzień był bardzo udany, zawarł kolejną umowę, odebrał auto i jechał właśnie do Anety z kwiatami i szampanem. 
    Wilk słysząc głośne mruczenie silnika, cofnął się głębiej w las. Wyczuwał coś niedobrego w powietrzu już od rana. Sarny nie wyściubiały nozdrzy zza drzew, dziki już dawno zostały wytrzebione. Las zapadał się w sobie, drzewa rosły słabsze niż kiedyś, listowie było uboższe. Zanieczyszczenia, myśliwi, kłusownicy - to wszystko utrudniało, i tak już ciężką, walkę o przetrwanie.
    Pogoda zaczęła się pogarszać, chmury zasnuwały niebo, odcinając resztki światła. Marcin zauważył, że niektóre Cirrusy były do siebie bardzo podobne i leciały szybciej niż pozostałe. Ich długie nitki mknęły na zachód, przypominając flotę bombowców. Kiedyś dużo bawił się w rozpoznawanie chmur, dlatego kiedy zaczął z nich padać deszcz, był co najmniej zaskoczony. Do samochodu zaczął wnikać dziwny zapach, nieco przerażony trzydziestolatek uruchomił systemy filtracji powietrza. Po chwili zaczęło mu się robić słabo, ale kiedy filtry poradziły sobie z zapachem, wróciła mu jasność umysłu. Wyłączył odtwarzacz płyt, uruchomił radio, znalazł ręcznie swoją, niezapisaną jeszcze, ulubioną stację. Wsłuchując się w wokal Kilmistera usadowił się nieco wygodniej w skórzanym fotelu, po czym przydusił pedał gazu do podłogi.
    W wieżowcu stacji radiowej panowała panika. Pogoda była nieciekawa, wszystkie okna były więc zamknięte. Przed kilkoma minutami, szef piaru, wysoki na dwa metry, ważący dobrze ponad dziewięćdziesiąt kilo byczek, stoczył się ze schodów prowadzących na najwyższe piętro, zwymiotował na podłogę, wybełkotał coś brzmiącego jak "...kajcie.... gasss...", zwymiotował raz jeszcze, zacharczał i stracił przytomność. Lub umarł. Tego nie wiedział nikt, w połączeniu z jego zagadkowymi słowami, zaciekawienie wzrosło do wystarczającego stopnia, aby, przezwyciężając obrzydzenie związane z kolorowymi jeziorami, po których pływały kawałki kanapek, chudziutki student-stażysta spróbował przewrócić przyszłego współpracownika na plecy. W zamian za to, zaraz po dotknięciu jego ciała, zakołysał się, zamrugał oczami i sam stracił przytomność. Reszta obserwatorów odsunęła się nieco, a kiedy zaczęli czuć dziwny zapach, szybko pobiegli niżej. 
    Po efektownej solówce radio zamarło. Nie brzmiało to jednak jak utrata zasięgu, a raczej, jakby skończył się program nadawania. Zaskoczony kierowca zaczął skakać po innych stacjach, w większości panowała jednak głucha cisza, kończyła się piosenka lub dało się słyszeć dziwny dźwięk, przypominający krztuszącego się człowieka. Marcin zadzwonił do Anety, ale suchy komunikat automatu, dał mu do zrozumienia, że linie są przeciążone. Kiedy strużka potu wpadła mu do oka, zamrugał gwałtownie, niemal wjeżdżając w drzewo. Przyśpieszył jeszcze bardziej, dacza była już niedaleko.
    Po ostatniej serii ataków terrorystycznych, większość biur posiadała specjalne schrony, do których zjeżdżało się kilkoma windami. Uruchamiając alarm przeciwpożarowy, pracownicy szybko wtłoczyli się do wind i wdusili przycisk, który miał zagwarantować im bezpieczeństwo. Windy, stojące zawsze na najwyższym poziomie, aby móc zabrać jak największą ilość ludzi zaczęły zjeżdżać na środkowe piętro. Były oczywiście puste, jako że cały zespół piarowców leżał grzecznie w swoich fotelach. Dopiero kiedy za radiowcami zamknęły się drzwi wind, zrozumieli, jak straszny błąd popełnili. Zapach, unoszący się od ich eks-szefa oraz studenta dało się wyczuć także w windach. Opadając w dół, niektórzy słyszeli jeszcze rozpaczliwe uderzenia o metalowe  ściany próbujących się wydostać współpracowników. Tylko jeden nie stracił resztek rozsądku, wstrzymał oddech, przyłożył chusteczkę do twarzy i modlił się, aby windy były tak szybkie jak w specyfikacji. Kiedy udało się dojechać na sam dół, ledwo żywy wytoczył się z windy, dusząc guzik zamknięcia drzwi. Z pomieszczenia, do którego mieli dojechać wszyscy udało mu się dotrzeć do śluzy. Zamykając ją, popatrzył na pozostałe windy, otwarte, ukazujące w pełnej krasie swój nieruchomy ładunek.
    Marcin wyciągnął maskę gazową, obowiązkowe wyposażenie każdego auta po zamachu z '22, kiedy w Sejmie Rzeszypospolitej Trojga Narodów niemiecki terrorysta rozpuścił najnowocześniejszy gaz wojskowy. Otworzył drzwi i pobiegł do daczy, szybko wpisując kody do drzwi. Z zaskoczeniem zobaczył biegnącego do niego doga Anety, razem z nim wszedł do budynku. Kiedy usłyszał krzyk kobiety, wołającej jego imię, odetchnął.
    Pusty schron, przeznaczony na trzydzieści osób, napełniał trwogą. Zamierzał w nim zostać, dopóki nie dostanie jakiejś wiadomości ze świata zewnętrznego, zapasy miały wystarczyć na kilkanaście tygodni. Poczuł się nieco lepiej, wyjął z barku Cytrynówkę, wypił kilka kolejek, usiadł w fotelu prezesa. Spróbował porozumieć się z kimś na jednej z awaryjnych częstotliwości, żadna jednak nie odpowiadała.
    Miasto było nieruchome. Rozbite samochody, tłumy leżących na sobie martwych przechodniów. Przeraźliwy dźwięk klaksonu, wduszonego przez czyjąś bezwładną głowę, psy wyjące nad swoimi nieruchomymi właścicielami, wciąż pracujące silniki niektórych aut, dźwięki telewizora zza otwartych okien. 
    Wszystkie media, poza internetem, milczały. Większość ludzi zaczęła pisać na najprzeróżniejszych forach oraz blogach. Para szukała wiadomości w coraz dziwniejszych miejscach, kiedy kolejne źródła cichły. Komuś kończyły się zapasy, opuszczał więc swoje mieszkanie, ale nigdy potem się już nie odzywał. Pojawiły się różne teorie, jedni oskarżali kosmitów, inni Iluminatów. Tajemnicza trucizna zabijała tylko ludzi, tutaj wszyscy byli zgodni. Musiała być więc zaawansowana technologicznie, ale i tak wszystko rozbijało się o domysły. 
    W końcu, ktoś napisał ponownie. "Wygląda na to, że znowu jest bezpiecznie. Jedyne co może Wam grozić, przynajmniej w Małopolsce, to smród gnijących zwłok. W zamian za to, możecie mieć tyle sprzętu i żarcia, ile tylko sobie weźmiecie, ja mam już kilkanaście smartfonów, cztery najnowsze Syreny i namiary na kilkadziesiąt najciekawszych księgozbiorów. Zabrałem sobie także Damę z Łasiczką, a co mi tam, systemy alarmowe i tak nie działają." 
    Marcin nie chciał ryzykować, pojechał więc tylko do najbliższego małego miasteczka. Wkraczając do miasta, wystraszył olbrzymie grupy padlinożerców. Ograbił kilka sklepów, omijając szerokim łukiem na wpół rozłożone ciała, dzieci z wyjedzonymi gałkami ocznymi. Jakiś doberman biegał radośnie w kółko z kością udową listonosza, inny obgryzał głowę jakiegoś hipstera. 
    Kiedy wracał do daczy, wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Zasnął z wtuloną w niego Anetą, zastanawiając się, jak będzie wyglądać teraz ich życie, jak wielu ludzi przeżyło, co się stanie, jeśli ktoś dobierze się do baz wojskowych. Anarchia nie wydawała mu się najlepszym rozwiązaniem.
    Po pierwszej nocy, radiowiec zaczął z zaciekawieniem bawić się konsolą sterowania bunkra. Przypadkiem udało mu się uruchomić sekwencję wysysania powietrza z zewnętrznych pomieszczeń bunkra, mającą służyć jako system ochronny w wypadku ataku jakichkolwiek istot żywych. Nie wiedząc co robi, mocno już podpity, poszedł ponownie zbadać śluzę. Potknął się o próg, stracił przytomność, a brak tlenu dokonał dzieła.
    Jedenastego dnia po powrocie, Aneta zaczęła mieć duszności. Przerażony Marcin próbował się nią opiekować. Kolejne fora pisały o drugim stadium, trucizna rozprzestrzeniała się ponownie z gnijących ciał, nie powodowała jednak natychmiastowych efektów. Pozostawała ukryta przez około dwa tygodnie, była jednak tak samo zakaźna, jak w pierwszym stadium. Marcin nie pokazał jej tych wiadomości. Dwunastej nocy umarła. Przytulił psa, nasypał mu karmy, wziął kluczyki od jej Syreny Sport. Zostawiając otwarte drzwi, wyjechał na drogę, rozpędził się do maksymalnej prędkości i zakończył swój żywot na jesiennym drzewie. Dogorywając, wydawało mu się, że niektóre z chmur przypominają świecące cygara.
    W jednym z cygar, w bardziej cywilizowanych krańcach galaktyki znanych jako Censurer XIII, młody oficer pomaszerował na mostek. "Wygląda na to, że równowaga w ekosystemie ziemskim została przywrócona, kapitanie. Agresywny gatunek został wyeliminowany, a ich siedliska są już ponownie adaptowane przez resztę form życia." I te oto słowa, posłużyły jako epitafium dla tysiącletniej historii ludzkości.

No comments:

Post a Comment