Sunday, February 23, 2014

Do Berlina? Do Berlina pięć godzin...

Wymordowanie całego posterunku przez niezidentyfikowanych agresorów na granicy z Niemcami wstrząsnęło elitą rządzącą. Nadzwyczajne zebranie sztabu kryzysowego miało za zadanie znaleźć odpowiednie wyjście z zaistniałej sytuacji. Podkręcane przez ostatnie lata napięcie między dwiema potęgami dawało upust w podparyskim bunkrze. Podniesiony głos prezydenta budził wojownicze zapędy potomków Napoleona.
    -Nie możemy puścić tego płazem - tymi oto słowami zaczął spotkanie prezydent Maisonneuve - Po rozwiązaniu Unii, Niemiaszki za bardzo się rządzą. Znamy rozmieszczenie i siłę ich wojsk. Brytyjczycy nas wesprą. Nasz sztab ma opracowane plany ofensywy, a połowa ich oddziałów znajduje się na granicy polskiej. Nawet jeśli nie zmiażdżymy ich ostatecznie, możemy szybko przejąć kontrolę nad zagłębiem Ruhry - prezydent kontynuował swój wywód, a wszyscy ministrowie patrzyli na niego w pełnym skupieniu.

    -Powtarzam, ta prowokacja wymaga odpowiedzi! Naszą wschodnią granicę przekracza właśnie karna ekspedycja, która ma nauczyć Niemców moresu. Ciągłe ataki na nasze postulaty we wszystkich międzynarodowych naradach, ostatnio nałożone embargo na nasze wina oraz ich urządzenia optyczne - wystarczy już tego! Jeśli Federacja nie zadośćuczyni nam wyrządzonych krzywd, to sami pobierzemy wystarczającą rekompensatę - przemówienie Maisonneuve wywołało burzę oklasków, tak na placu na którym się odbywało, jak i w licznych domach, gdzie telewidzowie, dając się ponieść atmosferze chwili, powstali ze swoich foteli i także zaczęli klaskać. Nastroje w społeczeństwie były niezwykle wręcz prowojenne.
    Francuzi nie spodziewali się aż takiego oporu na samej granicy. Niemiecki system bunkrów, był nieco inny niż przeciętne. Zamiast uaktywnić wszystkie gniazda oporu jednocześnie, załoga niektórych ukrywała się w pomieszczeniach podziemnych. Kiedy piechota opanowywała konkretny fort, prawowity garnizon zarzynał śpiących agresorów, a następnie przy użyciu ciężkiej broni ostrzeliwał jadące na front kolumny czołgów oraz tabory. Impet armii francuskiej został więc załamany, a kiedy dywizje wschodnie przybyły na front, żadna ze stron nie mogła uzyskać zdecydowanej przewagi. Zniesmaczony prezydent miał więc zamiar splądrować podporządkowany teren, a następnie zawrzeć pokój.
    Nad Zamkiem Królewskim dało się słyszeć warkot wirników. Dwa olbrzymie helikoptery transportowe typu "Niedźwiedź" podchodziły do lądowania na specjalnie przystosowanej platformie, wybudowanej po przeniesieniu głównej siedziby władz do Krakowa. Kilkudziesięcioosobowa kolumna cywilów wyślizgnęła się z nich i rozpierzchła po mieście. "Zasłużyli na te dwa dni przepustki" pomyślał mężczyzna, tamujący krwotok z nosa chusteczką. Ubrany w elegancki garnitur ruszył równym krokiem w stronę Gabinetu. Tam właśnie rezydował Pan Brat, najwyższy dygnitarz Czwartej Rzeczypospolitej.
    Grupa Armii "Zachód", skoncentrowana na granicy polsko-niemieckiej, rozciągała się na ponad 400 kilometrów. Silniki czołgów, wrzucone na jałowy bieg, cicho mruczały. Oparta o pancerze transporterów piechota, konsumowała przydzielone na dzisiaj racje żywnościowe. Kiedy usłyszeli wizg silników odrzutowych nad swoimi głowami, wszyscy zajęli swoje pozycje. Rozgrzane silniki czołgów szybko rozpędzały maszyny do prędkości marszowej.
    Marszałek Rębacki obserwował korpus. Grupa Armii "Zachód" składała się z armii "Zachód, "Wschód", "Środek", "Gdańsk", "Pabianice", "Puławy" i wszystkich innych jakie tylko przyszłyby do głowy. Pakt o nieagresji pomiędzy Rzecząpospolitą a Federacją Niemiec kończył się za dwie i pół minuty. W tym czasie, zwalniające do prędkości bojowej ekonomicznej pojazdy, miały przejechać ostatnie kilka kilometrów dzielące je od granicy. Adiutant zszedł po ostatnich stopniach prowadzących do platformy widokowej Mobilnego Centrum Dowodzenia "Husarz".
    -Panie marszałku, wszystkie wojska poruszają się zgodnie z harmonogramem. Czy życzy Pan sobie, aby przekierować na ekrany transmisję z przemowy Pana Brata? - zapytał adiutant. Widząc przyzwalające machnięcie ręki szybko wdusił odpowiednie przyciski na pilocie. W "Husarzu" zamiast olbrzymich okien używano zewnętrznych kamer oraz ekranu o wysokiej rozdzielczości. Przemowa miała się ku końcowi, przywódca po objaśnieniu bzdurnych powodów interwencji ("należy wspomóc bratni nam, francuski naród, który tak wiernie wspierał nas w ostatnim stuleciu ubiegłego millenium. Bez ich wsparcia, wielu naszych żołnierzy nie miałoby przecież gdzie umrzeć!") odpowiadał na pytania dziennikarzy. Zbliżenie na odzianego w zamszową kurtkę gryzipiórka, zatoczenie szerokiego okręgu, ujęcie na smoliście czarny płaszcz Pana Brata, szum, nagle zaskakująco wyraźna fonia.
    -"Panie Bracie, kiedy więc mamy się spodziewać najbliższych sukcesów? Kiedy nasi chłopcy dotrą na przykład do..." - efektowna chwila pauzy, w oczach dziennikarzyny dało się zobaczyć błysk oraz pewność, że jego pytanie skonfunduje pytanego - "Do Berlina?"
    Spokojne oczy zdawały się spoglądać w głębię duszy młodzieniaszka, tłamsić jego wolę, obiecywać bliskie spotkanie z  "Wilkami" - tajną policją IV RP. I już, gdy cały kraj był pewien, że nigdy nie usłyszy odpowiedzi, dało się słyszeć modulowany, wygładzony przez lata przemówień głos.
    -"Do Berlina? Do Berlina pięć godzin..."

Custodia

    Niedawny incydent na granicy niemiecko-francuskiej zdecydowanie zagęścił atmosferę w całej Europie. Był on jednocześnie całkowicie niespodziewany, a zarazem tragiczny w skutkach. Nasilająca się w krajach niegdysiejszej Unii Europejskiej entropia objawiała się coraz większą ilością takich właśnie "incydentów". Ten wydawał się jednak nieco bardziej istotny.
    Niewielki oddział nieoznakowanych komandosów przeniknął na teren francuskiego posterunku granicznego. Posterunek był ciężko ufortyfikowany, miał on stanowić bowiem jeden z głównych punktów oporu powstającej linii Hardey'a - systemu umocnień finansowanego przez rządy Francji i Wielkiej Brytanii. Liczne gniazda karabinów maszynowych, liczący kilkudziesięciu weteranów garnizon, działa przeciwpancerne, artyleria oraz ich obsługa - było tutaj około dwustu osób. Wewnętrzny plac miał kształt sześciokąta, na którego wierzchołkach znajdowały się wieże obserwacyjne. Po murach chodziły liczne patrole, cały posterunek był obserwowany przez grupę niezależnych od siebie snajperów, zakamuflowanych w, porozrzucanych w kilometrowych odstępach, punktach obserwacyjnych. Był.
    Jean, wachmistrz na południowo-zachodnim wierzchołku sześciokąta ujrzał biegnącą w jego stronę postać. Człowiek potknął się, wstał, obejrzał się za siebie i przyśpieszył. Jean szybko rozdysponował swoich podkomendnych, każąc im się ubezpieczać, po czym zbiegł do furty. Zdecydował, że najpierw wpuści biegnącego, samotny nie mógł wiele zdziałać przeciwko całemu posterunkowi. Na tych terenach często grasowały wilki, być może jakaś wataha goniła mieszkańca okolicznej wioski, a ten, wiedząc o posterunku uznał go za swoją ostatnią deskę ratunku. Intensywnie machający rękoma kształt wbiegł przez furtę, ledwo dysząc upadł na ziemię i próbował tam złapać oddech. Francuzowi wydawało się, że słyszy kilka dobiegających z górnego poziomu, na którym została reszta jego podkomendnych, plaśnięć. W dalszej analizie dziwnych dźwięków przeszkodziła mu jednakże dziura o średnicy 7,62 mm, ciągnąca się od jego lewego oka, przez mózgoczaszkę, aż do potylicy.
    Sekcja Walki Dalekosiężnej, licząca ośmiu mężczyzn i dwie kobiety, spokojnie przeładowała swoje modułowe karabiny. Podzielona na dwie grupy, pozwoliła wyeliminować południowo-zachodni oraz południowy posterunek. Oba oddziały miały teraz, przy użyciu swoich haków wspinaczkowych, zająć pozycję na murze pomiędzy tymi posterunkami, skąd mogły kontynuować wspieranie pozostałych komandosów.
    Sekcja Szturmowa, także podzielona na dwie podgrupy, wślizgnęła się przed otwarte furty. Dziesięciu żołnierzy w każdej, szybko pozbawili obrońców uniformów, przebrali się w nie, a następnie, udając regularny patrol, ruszyli po murach w stronę kolejnych posterunków.
    Kiedy dowódca południowo-wschodniej wieży dostrzegł zmierzający w jego stronę patrol, zdziwił się niepomiernie. Kiedy wywołał ich przez krótkofalówki, ci wprawdzie odpowiedzieli nienaganną francuszczyzną, ale mimo to, ogarnęły go złe przeczucia. Zebrał więc całą załogę swojego posterunku, i, niczym ostatni kretyn, ruszył na spotkanie.
    Specjalnie przystosowane do całej akcji, wyciszone strzelby wypaliły krótką salwą. Niemalże każdy potencjalny scenariusz został dokładnie opracowany i przećwiczony jeszcze w ośrodku szkoleniowym. W wypadku, gdyby załoga posterunku chciała nawiązać kontakt na niewielkiej odległości, oddział miał błyskawicznie sformować dwuszereg i wypalić salwę na wzór XVIII-wiecznych fizylierów - pierwszy szereg klęczący, drugi wyprostowany. Nowoczesne strzelby o dużej sile rażenia literalnie poszatkowały całą francuską załogę. Na drobne kawałeczki.
    Po zajęciu wszystkich wież, zamontowane w nich ciężkie karabiny maszynowe zostały wyrwane z gniazd i przeniesione przed wejście do baraków obsługi. Wrzucony do środka granat dymny, zdezorientował ich na tyle, że wszyscy próbowali wybiec jedynym wyjściem. Masakra trwała tylko kilkanaście sekund.
    Komandosi opuścili posterunek w zorganizowanej formie. Straty własne ograniczyły się do jednego złamanego otwieranymi drzwiami do wieży, nosa. Przez cały czas trwania operacji, nie podniósł się alarm, a kamery zarejestrowały tylko poruszające się, nieoznakowane postaci.

Sunday, February 2, 2014

Cirrus

    Dookoła panowała przyjemna atmosfera jesiennego wieczoru, zachodzące słońce rzucało cienie na złote drzewa, pusta droga rozpościerała się przed, właśnie odebranym przez Marcina z salonu, Hummerem. Dzisiejszy dzień był bardzo udany, zawarł kolejną umowę, odebrał auto i jechał właśnie do Anety z kwiatami i szampanem. 
    Wilk słysząc głośne mruczenie silnika, cofnął się głębiej w las. Wyczuwał coś niedobrego w powietrzu już od rana. Sarny nie wyściubiały nozdrzy zza drzew, dziki już dawno zostały wytrzebione. Las zapadał się w sobie, drzewa rosły słabsze niż kiedyś, listowie było uboższe. Zanieczyszczenia, myśliwi, kłusownicy - to wszystko utrudniało, i tak już ciężką, walkę o przetrwanie.
    Pogoda zaczęła się pogarszać, chmury zasnuwały niebo, odcinając resztki światła. Marcin zauważył, że niektóre Cirrusy były do siebie bardzo podobne i leciały szybciej niż pozostałe. Ich długie nitki mknęły na zachód, przypominając flotę bombowców. Kiedyś dużo bawił się w rozpoznawanie chmur, dlatego kiedy zaczął z nich padać deszcz, był co najmniej zaskoczony. Do samochodu zaczął wnikać dziwny zapach, nieco przerażony trzydziestolatek uruchomił systemy filtracji powietrza. Po chwili zaczęło mu się robić słabo, ale kiedy filtry poradziły sobie z zapachem, wróciła mu jasność umysłu. Wyłączył odtwarzacz płyt, uruchomił radio, znalazł ręcznie swoją, niezapisaną jeszcze, ulubioną stację. Wsłuchując się w wokal Kilmistera usadowił się nieco wygodniej w skórzanym fotelu, po czym przydusił pedał gazu do podłogi.
    W wieżowcu stacji radiowej panowała panika. Pogoda była nieciekawa, wszystkie okna były więc zamknięte. Przed kilkoma minutami, szef piaru, wysoki na dwa metry, ważący dobrze ponad dziewięćdziesiąt kilo byczek, stoczył się ze schodów prowadzących na najwyższe piętro, zwymiotował na podłogę, wybełkotał coś brzmiącego jak "...kajcie.... gasss...", zwymiotował raz jeszcze, zacharczał i stracił przytomność. Lub umarł. Tego nie wiedział nikt, w połączeniu z jego zagadkowymi słowami, zaciekawienie wzrosło do wystarczającego stopnia, aby, przezwyciężając obrzydzenie związane z kolorowymi jeziorami, po których pływały kawałki kanapek, chudziutki student-stażysta spróbował przewrócić przyszłego współpracownika na plecy. W zamian za to, zaraz po dotknięciu jego ciała, zakołysał się, zamrugał oczami i sam stracił przytomność. Reszta obserwatorów odsunęła się nieco, a kiedy zaczęli czuć dziwny zapach, szybko pobiegli niżej. 
    Po efektownej solówce radio zamarło. Nie brzmiało to jednak jak utrata zasięgu, a raczej, jakby skończył się program nadawania. Zaskoczony kierowca zaczął skakać po innych stacjach, w większości panowała jednak głucha cisza, kończyła się piosenka lub dało się słyszeć dziwny dźwięk, przypominający krztuszącego się człowieka. Marcin zadzwonił do Anety, ale suchy komunikat automatu, dał mu do zrozumienia, że linie są przeciążone. Kiedy strużka potu wpadła mu do oka, zamrugał gwałtownie, niemal wjeżdżając w drzewo. Przyśpieszył jeszcze bardziej, dacza była już niedaleko.
    Po ostatniej serii ataków terrorystycznych, większość biur posiadała specjalne schrony, do których zjeżdżało się kilkoma windami. Uruchamiając alarm przeciwpożarowy, pracownicy szybko wtłoczyli się do wind i wdusili przycisk, który miał zagwarantować im bezpieczeństwo. Windy, stojące zawsze na najwyższym poziomie, aby móc zabrać jak największą ilość ludzi zaczęły zjeżdżać na środkowe piętro. Były oczywiście puste, jako że cały zespół piarowców leżał grzecznie w swoich fotelach. Dopiero kiedy za radiowcami zamknęły się drzwi wind, zrozumieli, jak straszny błąd popełnili. Zapach, unoszący się od ich eks-szefa oraz studenta dało się wyczuć także w windach. Opadając w dół, niektórzy słyszeli jeszcze rozpaczliwe uderzenia o metalowe  ściany próbujących się wydostać współpracowników. Tylko jeden nie stracił resztek rozsądku, wstrzymał oddech, przyłożył chusteczkę do twarzy i modlił się, aby windy były tak szybkie jak w specyfikacji. Kiedy udało się dojechać na sam dół, ledwo żywy wytoczył się z windy, dusząc guzik zamknięcia drzwi. Z pomieszczenia, do którego mieli dojechać wszyscy udało mu się dotrzeć do śluzy. Zamykając ją, popatrzył na pozostałe windy, otwarte, ukazujące w pełnej krasie swój nieruchomy ładunek.
    Marcin wyciągnął maskę gazową, obowiązkowe wyposażenie każdego auta po zamachu z '22, kiedy w Sejmie Rzeszypospolitej Trojga Narodów niemiecki terrorysta rozpuścił najnowocześniejszy gaz wojskowy. Otworzył drzwi i pobiegł do daczy, szybko wpisując kody do drzwi. Z zaskoczeniem zobaczył biegnącego do niego doga Anety, razem z nim wszedł do budynku. Kiedy usłyszał krzyk kobiety, wołającej jego imię, odetchnął.
    Pusty schron, przeznaczony na trzydzieści osób, napełniał trwogą. Zamierzał w nim zostać, dopóki nie dostanie jakiejś wiadomości ze świata zewnętrznego, zapasy miały wystarczyć na kilkanaście tygodni. Poczuł się nieco lepiej, wyjął z barku Cytrynówkę, wypił kilka kolejek, usiadł w fotelu prezesa. Spróbował porozumieć się z kimś na jednej z awaryjnych częstotliwości, żadna jednak nie odpowiadała.
    Miasto było nieruchome. Rozbite samochody, tłumy leżących na sobie martwych przechodniów. Przeraźliwy dźwięk klaksonu, wduszonego przez czyjąś bezwładną głowę, psy wyjące nad swoimi nieruchomymi właścicielami, wciąż pracujące silniki niektórych aut, dźwięki telewizora zza otwartych okien. 
    Wszystkie media, poza internetem, milczały. Większość ludzi zaczęła pisać na najprzeróżniejszych forach oraz blogach. Para szukała wiadomości w coraz dziwniejszych miejscach, kiedy kolejne źródła cichły. Komuś kończyły się zapasy, opuszczał więc swoje mieszkanie, ale nigdy potem się już nie odzywał. Pojawiły się różne teorie, jedni oskarżali kosmitów, inni Iluminatów. Tajemnicza trucizna zabijała tylko ludzi, tutaj wszyscy byli zgodni. Musiała być więc zaawansowana technologicznie, ale i tak wszystko rozbijało się o domysły. 
    W końcu, ktoś napisał ponownie. "Wygląda na to, że znowu jest bezpiecznie. Jedyne co może Wam grozić, przynajmniej w Małopolsce, to smród gnijących zwłok. W zamian za to, możecie mieć tyle sprzętu i żarcia, ile tylko sobie weźmiecie, ja mam już kilkanaście smartfonów, cztery najnowsze Syreny i namiary na kilkadziesiąt najciekawszych księgozbiorów. Zabrałem sobie także Damę z Łasiczką, a co mi tam, systemy alarmowe i tak nie działają." 
    Marcin nie chciał ryzykować, pojechał więc tylko do najbliższego małego miasteczka. Wkraczając do miasta, wystraszył olbrzymie grupy padlinożerców. Ograbił kilka sklepów, omijając szerokim łukiem na wpół rozłożone ciała, dzieci z wyjedzonymi gałkami ocznymi. Jakiś doberman biegał radośnie w kółko z kością udową listonosza, inny obgryzał głowę jakiegoś hipstera. 
    Kiedy wracał do daczy, wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Zasnął z wtuloną w niego Anetą, zastanawiając się, jak będzie wyglądać teraz ich życie, jak wielu ludzi przeżyło, co się stanie, jeśli ktoś dobierze się do baz wojskowych. Anarchia nie wydawała mu się najlepszym rozwiązaniem.
    Po pierwszej nocy, radiowiec zaczął z zaciekawieniem bawić się konsolą sterowania bunkra. Przypadkiem udało mu się uruchomić sekwencję wysysania powietrza z zewnętrznych pomieszczeń bunkra, mającą służyć jako system ochronny w wypadku ataku jakichkolwiek istot żywych. Nie wiedząc co robi, mocno już podpity, poszedł ponownie zbadać śluzę. Potknął się o próg, stracił przytomność, a brak tlenu dokonał dzieła.
    Jedenastego dnia po powrocie, Aneta zaczęła mieć duszności. Przerażony Marcin próbował się nią opiekować. Kolejne fora pisały o drugim stadium, trucizna rozprzestrzeniała się ponownie z gnijących ciał, nie powodowała jednak natychmiastowych efektów. Pozostawała ukryta przez około dwa tygodnie, była jednak tak samo zakaźna, jak w pierwszym stadium. Marcin nie pokazał jej tych wiadomości. Dwunastej nocy umarła. Przytulił psa, nasypał mu karmy, wziął kluczyki od jej Syreny Sport. Zostawiając otwarte drzwi, wyjechał na drogę, rozpędził się do maksymalnej prędkości i zakończył swój żywot na jesiennym drzewie. Dogorywając, wydawało mu się, że niektóre z chmur przypominają świecące cygara.
    W jednym z cygar, w bardziej cywilizowanych krańcach galaktyki znanych jako Censurer XIII, młody oficer pomaszerował na mostek. "Wygląda na to, że równowaga w ekosystemie ziemskim została przywrócona, kapitanie. Agresywny gatunek został wyeliminowany, a ich siedliska są już ponownie adaptowane przez resztę form życia." I te oto słowa, posłużyły jako epitafium dla tysiącletniej historii ludzkości.

Thursday, January 16, 2014

Si vis pacem...

    Atol Karaibów, 1968 rok
    Silniki atomowe we wnętrzu U-Boota cicho mruczały. Po pokonaniu ZSRR, maszyna wojenna III Rzeszy zaczęła się opierać niemalże wyłącznie na nich. Po zapewnieniu sobie Lebensraumu, okupionego krwią zbyt wielu niemieckich żyć, nikt nie miał ochoty na kolejną wojnę, tym razem ze Stanami Zjednoczonymi. Wunderwaffe, jaką były głowice atomowe umieszczone w rakietach typu A5, mogło zostać użyte jako sposób na podbicie całego świata. Naziści opracowali tę broń już podczas przekraczania Uralu, a przed zakończeniem operacji, o jakże przewrotnym kryptonimie "Kamel", posiadali już kilkanaście w pełni sprawnych głowic. Śmierć Führera doprowadziła jednak do wielkich walk wewnętrznych, głównie między Himmlerem a Goebbelsem. Po zwycięstwie tego ostatniego, Abwehra zorientowała się, że Amerykanie zdołali już skopiować technologie bomby atomowej.
    I tak właśnie, kapitan Oskar Hümmer patrolował wybrzeże nazistowskiej Kuby. 50-letni oficer pamiętał jeszcze czasy Rudeltaktik i był prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym przez Aliantów dowódcą, jaki kiedykolwiek służył we flocie. Der Kaltes Krieg, jak nazwano ostatnie dwudziestolecie przeżywało właśnie najgorętszy okres. Apogeum napięcia było spowodowane projektem budowy kilkunastu wyrzutni "piątek" w tym rejonie. Zainspirowana przez Göringa idea zaogniła tylko silne napięcie dyplomatyczne pomiędzy ambasadami dwóch największych z ówczesnych potęg. Cały archipelag Karaibów był zapełniony U-Bootami oraz amerykańskimi Submarines. Spora część dowódców pamiętała jeszcze etap Bitwy o Atlantyk i miało do siebie dawne urazy.
    Kiedy Jack Ripper, Captain of United States Submarine, zobaczył płynącego na pełnym wynurzeniu Ulfa - okręt Hümmera - zawrzała w nim krew. Był niemal pewien, że któryś z jego kompanów zatopił Ulfa, wyjątkowo rozpoznawalnego przez namalowaną na ścianach mostka wilczą głowę. Przypomniał mu się '47, kiedy będąc na pełnym morzu dostał zaszyfrowaną wiadomość.
    Kapitanie Ripper,
z przykrością informujemy, że frachtowiec, którym płynęła pańska żona, obie córki oraz matka został zatopiony przez nazistowskiego U-Boota, pływającego pod kryptonimem "Ulf".
Nasze kondolencje

Wydział Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych
    W jednej chwili, skomasowany przez kilkanaście lat gniew zaczynał wzbierać w pochodzącym z Georgii wojskowym, dało się słyszeć krzyk radiowca. "Szyfrogram dla pana kapitana, szyfrogram!" - wrzeszczał świeżo zaokrętowany chłopak, biegnąc przez cały okręt. Nie zdawał sobie sprawy z poruszenia, jakie wywoływał. Jack ujrzał swoją szansę. Kiedy chłopak opuścił kajutę, weteran nawet nie sięgnął po deszyfrator. Rozkazy musiały dotyczyć przewidywanej na dzisiaj zmiany trasy patroli, poza tym nie zawierały żadnych specjalnych oznaczeń, więc nie zwrócił na nie większej uwagi. Odczekał kilka minut, które byłyby mu potrzebne na odczytanie wiadomości, założył pełny mundur, po czym wyszedł z marsową miną. 
    Śmiertelnie poważony, oficjalnie ubrany kapitan w obecnej sytuacji politycznej oraz zaraz po nadanym szyfrogramie idący ciasnymi korytarzami łodzi podwodnej narzucał olbrzymie napięcie. Kiedy doszedł do głównego pomieszczenia, cichym, napiętym głosem wydeklamował następujące zdania. "Niemcy zaatakowali. W ramach odwetu, należy ostrzelać najbliższy naziolski cel. Torpedziści, proszę zwodować trzy torpedy i zatopić Ulfa. God bless America." Jack uważał, że Amerykanie zwyciężą błyskawicznie, jeśli tylko zaatakują pierwsi. 

    Wszystkie okręty Oskara oraz jego stałej załogi posiadały ten sam malunek na kiosku, tak jedne z pierwszych, starych IIC, użytych tylko podczas kampanii wrześniowej, jak i ten oto, hipernowoczesny XXIX. Model ten posiadał skomplikowany system wyrzutni sprężonego powietrza, umożliwiający mu obrót o kilkadziesiąt stopni w ciągu kilku sekund, a także zmodernizowany układ awaryjnego zanurzenia. Kiedy sonar wykrył zbliżające się torpedy, połączenie tych dwóch systemów pozwoliło uniknąć wszystkich pocisków bez najmniejszego draśnięcia. "Meine Herren, zająć pozycje bojowe. Oberbootsman Heinrich, przekazać dowództwu, że Amerykanie wykonali atak. Proszę utrzymać głębokość 180 metrów, oraz obrać kurs na Miami."
    "Brak raportu o trafieniu, sir. Uniknęli naszych torped, jak papierowych samolocików..."- zdruzgotany obserwator spojrzał przerażonym wzrokiem na kapitana. Po szyi spływały mu powoli krople potu. Jeśli Niemcy będą chcieli przeprowadzić kontratak, ich okręt był bezbronny, w dodatku w Nowym Jorku jego rodzina nie miała pojęcia o wojnie. 
    Ripper popatrzył po marynarzach. Kilku weteranów, mnóstwo chłystków, świeżo zaciągniętych do floty. Młodzieńcze twarze patrzyły na niego z przerażeniem, ale i z wiarą. "Nie było żadnego rozkazu. U-Boot prawdopodobnie nadał już meldunek o ataku, gdybyśmy zdołali go od razu zatopić... Teraz nie ma to już znaczenia." - zdania te, wymyślone w jego głowie, nie mogły zostać wypowiedziane. Złapała go trema, niczym początkującego aktora. Wiedział, że prawdopodobnie wplątał Stany w wojnę, której nie mogą wygrać. Ukrył drżące dłonie za plecami, przełknął ślinę, po czym zaczął wykrzykiwać rozkazy, mające ukryć jego strach. "Ster lewo na burt, pełne zanurzenie, cała naprzód. Musimy dorwać tego skurwysyna, prawdopodobnie płynie na północ, aby ostrzelać naszą ojczyznę! Ustalić kurs przechwytujący, pośpieszcie się, mamy jeszcze szansę!". Kiedy wszyscy rozbiegli się do swoich zadań, kapitan poszedł powoli w stronę własnej kajuty. Wyciągnął schowanego w biurku Colta, przystawił go sobie do skroni i nacisnął spust. Wzmocnione drzwi wytłumiły dźwięk. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia, niemiecki sonar wykrył Submarine'a i wystrzelił w jego stronę torpedę z tylnej wyrzutni. Ładunek wysadził trzecią część łodzi, zwarcie uniemożliwiło nawet nadanie jakiegolwiek meldunku.
Welthauptstadt Germania
 pierwszy rok nowego millenium
    Z bunkrów atomowych wychodzili pierwsi ludzie. Opad radioaktywny z nowocześniejszych głowic znikał dużo szybciej, a w Germanię wystrzelone zostały tylko najlepsze rakiety. Jedynie dwóm z ponad trzydziestu wystrzelonych głowic udało się przebić przez obronę przeciwlotniczą. Około 40%, rozciągającej się na kilkaset kilometrów kwadratowych metropolii, pozostało w niemalżę nienaruszonym stanie. Mimo to, po zainstalowaniu systemów oczyszczania wody oraz zabezpieczeniu wciąż stojących budynków, ocaleni udali się do bunkrów, posiadających doskonałe systemy podtrzymywania życia. Teraz, kiedy procesy dezynfekcyjne miały się ku końcowi, Wehrmacht miał nawiązać kontakty z pozostałymi stacjami, dokładnie 13 lat i 93 dni po rozpoczęciu wojny, o godzinie 1:00 po południu, Mitteleuropäischzeit. Kiedy pierwszy SS-Man wychodził z bunkra, wszystko wyglądało w porządku. Obersturmbannführer Hans dał więc sygnał do wyjścia. Zza drzwi krypty zaczęli wychodzić więc żołnierze Wehrmachtu oraz kilkudziesięciu SS-Manów. Drzwi nie zostały zamknięte, patrol miał wyjść na krótki zwiad oraz wysłać kilku żołnierzy w stronę znajdującej się w okolicy stacji radiowej. Pierwsze strzały padły, kiedy Niemcy odeszli 40 metrów od krypty. Zmutowani eks-Aryjczycy ukazywali swoje oblicze superrasy przy pomocy ciężkich karabinów M66. Kiedy ostatnie ciało członka patrolu drgało bezwolnie na ziemi, mutanty wpadły do, pozbawionej już jakiejkolwiek ochrony, krypty...

Sunday, January 12, 2014

Visum

    Sterowiec majestatycznie przemierzał przestrzeń nad Morzem Śródziemnym. Pod nim przepływały statki, obok leciały ptaki, zaś wysoko nad nimi - samoloty. Wysoki mężczyzna odziany w oficerski płaszcz oraz noszący podkute, skórzane buty o wysokich cholewach spokojnie prowadził staromodną maszynę. Słońce świeciło mu prosto w oczy, ale nie przeszkadzało to ani jemu, ani pasażerkom. Nigdzie im się nie śpieszyło, lecieli odpocząć od swojego   codziennego życia.
    Ich codzienne życie było zaś niezwykle zajmujące. Każde z nich posiadało rodzinę, jednak żadne z nich nie wzięło swoich partnerów, ani potomków wraz ze sobą. Mężczyzna był adwokatem, w szlachetnym gronie znajdowały się także prezenterka, lekarka oraz malarka. Każdemu z nich życie nie szczędziło smutków, ani sukcesów. Do obecnych pozycji doszli ciężką pracą oraz wykorzystując swoją wyjątkowość, a także wspólną znajomość. Rzucona kiedyś obietnica "wakacji z Zeppelinem" nareszcie mogła się spełnić.
    Cały okręt był urządzony w międzywojennym stylu, klamki opływały złotem, drzwi wykonane z orzechu były ciężkie oraz solidne. Gondole były wykonane z olbrzymim pietyzmem, wyglądały niczym autentyczne. Każda z kabin posiadała wygodne łóżko, secesyjne biurko oraz zdobioną ornamentami lampkę nocną, doskonałą do wieczornych maratonów książkowych. Były to stałe elementy umeblowania, jednakowoż właściciele nadawali swoim pokojom indywidualne cechy. W pokoju kapitana dało się więc zauważyć gammadony, pani doktor wywieszała swoje dyplomy, prezenterka miała dodatkową szafę, tylko na buty, w których nigdy nie chodzi, zaś malarka ponadprzeciętną ilość książek. 
    Gondola podzielona była na mostek, kabiny oraz urządzoną z przepychem, acz gustownie, salę restauracyjną. Podróżująca w osobnej gondoli służba przygotowywała najprzeróżniejsze dania, aby wyprawa była urozmaicona oraz niezapomniana.
    Surrealistyczność całej wizji potęgowana była przez najprzeróżniejszą, kompletnie abstrakcyjnie dobieraną muzykę, odtwarzaną z specjalnie nagranych płyt winylowych. Także gramofon był dopasowany do całej kreacji, umieszczony w wysokiej, hebanowej szafie zdobionej specyficznymi ornamentami. Kiedy zbliżały się godziny nocne, służba zapalała świeczki w zawieszonych na ścianie kinkietach. 
    Powolnej podróży nie przerywało nic, a Afryka zbliżała się z każdą godziną. Cicho, spokojnie, acz w niezmiennym tempie.

Thursday, January 9, 2014

Crudelitatem

11. czerwca 1943 roku,Charków
    - A to jest właśnie cywilizacja - mając te oto, jakże dowcipne, słowa na ustach, SS-Man pociągnął za spust swojego Lugera. Głowa Rosjanina rozprysnęła się na wszystkie strony, ochlapując mundur kata. Nie było litości dla małp. Obrzydzenie wywołane widokiem targnęło nazistą. Twarz Rosjanina prowokowała w nim odruch wymiotny, dopiero kiedy rysy zostały zastąpione przez otwór wlotowy pocisku, nieco się uspokoił. Jego indoktrynacja postąpiła tak daleko, że rozbryzgana ludzka czaszka wydawała mu się mniej obrzydliwa, niż twarz człowieka należącego do niższej rasy. W całej wsi dało się słyszeć podobne suche trzaski liczącej 40 lat konstrukcji. 
    Okrucieństwo agresorów było niewyobrażalne. Brakowało jedynie odcinania skalpów, ale ci cywilizowani młodzieńcy nie czuli takiej potrzeby. Zostali wyprani z człowieczeństwa już kilka lat temu, a przynajmniej z człowieczeństwa względem Untermenschen. Ci, którzy wracali do domów byli znowu kochającymi mężami, ojcami, kochankami, synami. Czy to kobiety są ślepe i kochają bezmyślnych brutali, czy człowiek aż tak bardzo potrafi się zmienić, w zależności od otoczenia? Czy te matki nie widzą zacieków krwi na spodniach syna, powstałych podczas radosnych podskoków w, wypuszczonych przez matkę ośmiorga dzieci, kałużach płynów ustrojowych? Czy tym kochankom podobają się pieszczoty dłoni, które przed kilkoma dniami wypruwały flaki z innych kochanek?
lato 1943, Kursk
    Tupot podkutych butów, dźwięki wystrzałów, ryk silników, trzask karabinów. Jakiś młody Aryjczyk płacze, bo urwało mu nogę, a wraz z nią - marzenia. Marzenia o Lebensraumie, marzenia o Ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej, bezmyślny szacunek do Führerprinzip. Jego przekonanie o własnej wyższości nagle legło w gruzach, bo, czy na pewno jest kimś lepszym, jeśli te dzikie małpy mogą go aż tak zranić? Czy rzeczywiście ma to jakiekolwiek znaczenie, czy wygląda jak małpa, czy jak nordycki bóg? 
    Jego depresyjne przemyślenia przerywa obcy krzyk oraz huk wystrzału. Niemieckie natarcia się załamało, Rosjanie przejęli inicjatywę. Trzecia Rzesza upadała wraz ze zbliżającym się chrzęstem gąsienic. Mongolskie hordy znowu zalewały Europę. Okoliczne tereny zostały wyrzeźbione przez gąsienice czołgów, wsie spalone, ludzie wymordowani, zwierzęta pożarte przez nienasycony głód dwóch maszyn wojennych - nazistowskiej i radzieckiej. 
    

Monday, January 6, 2014

Optimus Prime

    "Chciałbym stworzyć coś perfekcyjnego, Natanielu. Arcydzieło, o którym będzie się mówić wszędzie. W Australii i w Kanadzie. Nad jeziorem Wiktorii i nad jeziorem Bajkał."-głos podnosił się-"W Nowym Jorku i w Singapurze. W getcie i w penthousie!"-głos opadł, mówca oblizał wargi, po czym wyszeptał-"Tutaj"-dębowa laska stuknęła o chodnik-"i tam"-starcze, węźlaste ramiona wskazały Księżyc. Nie wyglądał on już tak, jak 20 lat temu. Korporacja "FlyToTheMoon" (pisane razem, teraz wszystko maksymalnie skracano). 
     Robot słuchał Marka, markując uwagę. Androidy towarzyszyły ludziom na każdym kroku. To opracowanie ich dało możliwość kolonizacji Księżyca. Nie były może najlepszymi interlokutorami, ale zapamiętywały wszystko, co się do nich mówiło, były przy tym niemożliwe do podporządkowania przez osoby trzecie. Jeśli ktoś zaczynał grzebać przy ich rdzeniu pamięci - po prostu wszystkie obwody dostawały zwarcia. Nataniel nie był jednak zwykłym androidem. Marek nieco go zmodernizował. Nataniel doskonale nadawał się do podtrzymywania staruszka przy życiu. Posiadał butlę tlenową, bandaże, KardioDeBuster oraz olbrzymią wiedzę medyczną. Staruszek potrzebował więcej opieki niż przeciętny człowiek.
    Marek miał 123 lata. Był ubrany bardzo modnie, dokładnie tak, jak wymagał tego 2118 rok. Dopasowana kamizelka w prążki, dwurzędowy garnitur, krawat, kapelusz, eleganckie buty. Wszystko utrzymane w ciemnej tonacji, bo i czasy były ciemne. Życie ludzkie na Ziemi straciło na wartości. Teraz mieszkali tu tylko biedacy i staruszkowie. Za siły porządkowe służyły przestarzałe modele androidów, zawodne oraz przez nikogo niekonserwowane. 
     Jako jeden z prekursorów sztuki budowania androidów, znał wiele sztuczek, o których nikt inny nie miał pojęcia. Był jednym z największych umysłów matematycznych, jakie chodziły po Starej Planecie. Gdyby urodził się w Nowym Wieku, już jako piętnastolatka zaciągnięto by go do KosmicznejAkademii. Opracowane kilka lat przed kolonizacją kosmosu metody przedłużania życia okazały się jednak niekompatybilne ze sztucznie wytworzonymi atmosferami. Cóż, zwykły pech. Starość pozostawia się z tyłu, tak było od zawsze.
     Zużyte dłonie zaciskały ostatnie rurki. Kolejne narzędzia podawane były na skutek krótkich komend skierowanych do Nataniela. "Kombinerki"-drżąc z wysiłku, zestarzałe mięśnie umożliwiały połączenie kolejnego obwodu-"Śrubokręt"-wysunięty język, kropelka potu płynąca po nabrzmiałej żyle na skroni - wszystko to wskazywało na maksymalny poziom skupienia. Nareszcie! Jego największe dzieło było gotowe. "Dziękuję, Natanielu. Chciałbym teraz zostać sam". Marek popatrzył na stworzoną przez siebie maszynę. Uśmiechnął się i ją uruchomił.
     Zapomniał tylko o jednym. Jeśli cały wszechświat został właśnie zniszczony, to kto napisze w gazetach o jego dziele?

Iter

     Nad egzotycznym jeziorem  latały egzotyczne ptaki, egzotyczne ryby pluskały w wodzie, a egzotyczne zwierzęta biegały po egzotycznej dżungli. Tak właśnie odbierał to, zwiedzający Afrykę, Turysta. Od dawna marzył o tym, aby odwiedzić ten kontynent, chłonął tę egzotykę całym swoim "ja", całym swoim ciałem, całym swoim umysłem. Starał się odbierać jak najwięcej bodźców, aby móc wiele opowiedzieć swojej żonie oraz synowi, kiedy wróci już do domu. A przynajmniej tak wyglądało to dla postronnego obserwatora.
     Obok niego szli jego przyjaciele, z każdym z nich łączyło go mnóstwo przygód, zarówno strasznych jak i szczęśliwych. Znali się od dziecka, razem łowili ryby, chodzili na imprezy, ścigali się samochodami i rzucali cegłami. Zwykle nocą, w okna nielubianych kolegów, złośliwych belfrów, wścibskich sąsiadów. Szanowali jednak swoich rodziców, swoje pochodzenie, a także siebie nawzajem. Ich rodziny także przyjaźniły się, często spotykali się razem, a wszyscy opowiadali sobie ciekawe historie. Na Wigilii kilka lat temu, wujek Turysty opowiedział im wszystkim o niezwykłych historiach, jakie udało mu się przeżyć w oddziałach specjalnych. Historie te, tak ich urzekły, że, dosłownie kilka tygodni później, wszyscy zapisali się na listę werbunkową.
     Proceder porywania ludzi nie był wprawdzie niczym nadzwyczajnym w tych rejonach świata, ale ci konkretni handlarze czymś się różnili. Zdawało się, że za tym wszystkim stoi coś większego, porywano najbogatszych, najważniejszych ludzi. Często nawet jeśli uzgodniono wycieczkę z innym przewodnikiem, ten nagle, tuż przed ustalonym terminem, stawał się niedysponowany. A tacy ludzie nie mogą się całkowicie odprężyć, nawet na wakacjach. Ich terminarz jest zbyt napięty, na ich wycieczkach wszystko musi iść zgodnie z planem. Akurat przypadkiem, ten sam przewodnik jest zawsze wolny w danym terminie. I, także przypadkiem, najbliższa rodzina musi wysłać pokaźny czek, aby odzyskać swojego chlebodawcę. Wiadomo, że duże pieniądze dosyć często wpływają na losy państw. Jedno z nich, pod wpływem pewnej grupy niegdyś porwanych przedsiębiorców, zgodziło się więc wysłać Turystę oraz jego oddział, aby poradzili sobie z bandytami.
     I tak wylądowali tutaj, z fałszywymi dokumentami oraz fałszywymi historiami. Odziani w dopasowane stroje, pod którymi skrywali broń, prowadzeni przez miejscowego, podejrzewanego o handel ludźmi, przyjaciele przedzierali się przez dżunglę. Udawali bogatych, zachodnich przygłupów, zachwycających się egzotyką, dziką naturą oraz całą resztą. Nie miało to zresztą większego znaczenia, prowadzący ich tubylec wyceniał już jak drogo sprzeda firmowe garnitury, drogie buty oraz najprzeróżniejsze noszone przez nich akcesoria, a nie zajmował się ich grą aktorską.
     Kiedy zza zakrętu wyskoczyli uzbrojeni wspólnicy przewodnika, biznesmeni rzucili się na ziemię i zaczęli błagać o litość. Związano ich oraz zaprowadzono do siedziby porywaczy. Nikt nie trudził się przeszukiwaniem, ani zdzieraniem ubrań, nikomu nie wydawało się dziwne, że porwani wyglądali na nieco zbyt wysportowanych w porównaniu do większości bogatych turystów. Wrzucono ich wszystkich razem do jednego pomieszczenia i zamknięto za nimi drzwi. Żołnierze szybko rozcięli swoje pęta przy pomocy ukrytych noży, wyjęli broń, po czym zebrali się w grupę. Forteca była olbrzymia, ale nie miało to aż takiego znaczenia. Komandosi nadali sygnał satelitarny oraz rozdzielili się na dwie, czteroosobowe grupy. Kiedy z pobliskiej bazy wojskowej startowały dwa helikoptery, kolejni tubylcy padali z przeciętymi gardłami.
     Prawdopodobnie wszystko skończyłoby się błyskawicznie, gdyby nie totalnie przypadkowo podniesiony alarm. Komandosi utracili element zaskoczenia, handlarze naciskali ich coraz bardziej. Przyjaciele umierali jeden za drugim, nie mogli jednak w żaden sposób sobie pomóc. Patrzyli jak kolejne wspomnienia zostają za nimi, wspólnie rozbite samochody, głowy, butelki. Wycofując się , udało im się spostrzec, wyglądający dużo solidniej niż pozostałe, budynek. Wtargnęli do niego. We dwóch. Tylko tylu zostało. Kiedy zamykali drzwi, usłyszeli za sobą głos, wykrzykujący coś w dziwnym języku. Obracający się Turysta spostrzegł dziwnego Murzyna, poprzebijanego kawałkami kości oraz wytatuowanego w dziwne wzorki. Jego przyjaciel leżał z głową przybitą włócznią do ściany. Cała sytuacja wydała się Turyście abstrakcyjna, za nim kilkudziesięciu uzbrojonych dzikusów strzelało do niego z karabinów automatycznych, a tu jakiś dziwak rzuca włócznią. Tubylec dziwnie szybko rzucił się w jego stronę, nim komandos zdążył wycelować. Starzec poruszał się niezwykle szybko, kopnięcie wytrąciło pistolet, jedna ręka z nożem wyskoczyła do przodu, żołnierz zdołał tylko zablokować ją prawym, pozbawionym przed chwilą broni, przedramieniem.Turysta wciąż posiadał jednak nóż w drugiej ręce, wraził go więc w trzewia dziwaka.
     "I wanaowalaani..."- wydukał starzec, nie zdołał jednak dokończyć. Palba karabinowa zaczynała ucichać. Wiedziony dziwnym impulsem, turysta podniósł nóż starca. Było to długie, ceremonialne ostrze. Ozdobiono je klanowymi symbolami, a rękojeść była wyrobiona z hebanu. Żołnierze odeskortowali wciąż oszołomionego Turystę do helikoptera. Po powrocie do kraju natychmiast wystąpił o zwolnienie ze służby, po czym wrócił do domowego życia. Na dziesiąte urodziny podarował synowi zdobyczny nóż. Wkrótce jego rodzina i przyjaciele zrywali z nim kontakt, a on sam zaczął zaglądać częściej do kieliszka niż do własnego syna.

Collis

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące pasie się bydło.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące kocha się para.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące odbywają się szranki i konkury.

Jest takie wzgórze, a na nim rośnie drzewo. Przed wzgórzem rozpościera się łąka, a na łące ktoś kopie grób.

Jest takie wzgórze, całkiem puste. Przed wzgórzem rozpościera się radioaktywna ziemia i nic na niej nie ma.

Saturday, January 4, 2014

Plumbum exercitus

Ołowiane wojsko, stojące w kącie, czeka na swojego właściciela. Jest mu bliższe niż jakiekolwiek inne zabawki, każda z figurek zawiera jakąś część jego duszy. Jako ich generał dowodził nimi przez wiele batalii, walczył z nimi ramię w ramię.Teraz częściej zajmuje się psem, czyta książki. Kiedyś bawił się nimi raz na miesiąc. Pojawiał się wtedy kolejny żołnierzyk. Teraz chłopiec nie odwiedzał ich już od bardzo dawna. Tak samo ten dom przestały odwiedzać inne osoby. Ciocie, dziadkowie, sąsiedzi. Drzwi otwierają się, wyważone potężnym kopniakiem. Do pomieszczenia wchodzi on. Wysoki, niegdyś muskularny, lecz zaniedbane, mięśnie flaczeją. Obdarzony olbrzymim brzuchem, z czerwonym nosem, przetłuszczonymi włosami. Długa, poszarpana blizna wszerz przedramienia. Na łysej głowie kolejna, ledwo zagojona. Chłopiec podskakuje na łóżku, ucieka w kąt pokoju, pod biurko. Pies zaczyna piszczeć, wybiega z pokoju z podkulonym ogonem. Mężczyzna powoli się rozgląda. Otwiera usta, po pokoju rozchodzi się zapach alkoholu. "Nie przywitasz się z tatusiem, syneczku?". Prawa ręka podnosi się delikatnie, ledwie zauważalnie. "Chodź, stęskniłem się za Tobą, młody". Dłoń pieści klamrę od pasa, lewa jeszcze zwisa swobodnie. Chłopiec cicho chlipie w kącie. "Podejdź do mnie". Głos się podnosi, daje się wyczuć pierwszą nutę agresji. Gdzieś zniknęła ta słodycz, może uczucie. Może prawdziwa tęsknota? W pokoju słychać płacz, żałosne stworzonko skulone pod biurkiem łapie się za głowę, wie już co się za chwilę, za chwileczkę, dosłownie za momencik, wydarzy. Ciężkie, podkute buty, już dziurawe, zniszczone. Całkiem inne niż dwa lata temu, kiedy mężczyzna służył w brygadzie specjalnej. Kiedy zgarnął bliznę na przedramieniu, broniąc się przed ciosem noża. Teraz buty są ubrudzone w wymiocinach, a dumne ślady po walce znajdują się na głowie. Ich źródłem nie jest jednak nóż, a rozbita butelka po piwie. Prawy desant podnosi się i opada, dogania go, a zaraz po tym wyprzedza, lewy. Mimo rozstrojonego błędnika, w krokach wciąż widać marszowy trening. Pas nagle jest w jego dłoniach. Lewa ręka łapie chłopca za długie, pofalowane włosy, małe ciałko szoruje po ziemi. Gwałtowny ruch ręką, twarz chłopca uderza w łóżko. Pas unosi się, krzyk (bólu? radości? któż to wie, głosy się zlewają w jeden). "Nie kochasz swojego tatusia?". Uderzenie. "Nie chcesz go słuchać?". Piękna, stalowa klamra lśni w świetle mizernej żaróweczki, lecąc do góry. "My, w wojsku, gdy nie słuchaliśmy" - okrzyk bólu, klamra sięgnęła swojego celu - "rozkazów oficera" - kolejny okrzyk - "byliśmy bici do nieprzy-" - następny -"tomności"- ostatni. Mężczyzna wychodzi. Po łóżku ścieka krew z rozbitego nosa. "Syneczek" pochlipuje, nie może się już doczekać kolejnej wizyty "tatusia". Tęsknota wzbiera w nim bardzo gwałtownie. Z salonu dochodzą dźwięki telewizora. Chłopiec powoli wstaje, wlecze się do kuchni. "Co robisz, głupia kurwo", brzęk pękającej butelki. "Zarżnąć Cię czy zerżnąć Cię?", a może na odwrót? Bełkot ekskomandosa jest ciężki do zrozumienia. Szuflada w kuchni jest nieco uszkodzona, widać na niej odcisk podkutej podeszwy. Nóż  znajduje się w dłoni chłopca, kiedy  ociera twarz serwetką. Dopiero teraz podnosi głowę. Ze złamanego nosa wciąż cieknie krew, spływa i plami jego ubranie. Z pokoju słychać kobiece krzyki oraz męski głos, wydający na świat kolejne inwektywy. Czy ktoś słyszy kroki w przedpokoju? Czy można usłyszeć dźwięk noża przecinającego powietrze? Nagła cisza. Dziwny gulgot, nóż uderza o kafelki (kto ma kafelki w salonie?). Chłopiec wraca do swojego pokoju. Do pudełka pod łóżkiem chowa nóż, ceremonialny, którego ostrze (wciąż splamione krwią) jest ozdobione afrykańskimi symbolami, a rękojeść jest z pięknego, lśniącego hebanu. Na nożu widać zacieki oraz świeżą krew. W dłoni chłopca pojawiają się dwie figurki, jedna męska, druga kobieca. Dołączają do ołowianego wojska. Każdy z żołnierzy ma jakąś ranę, ciętą lub kłutą. Niektóre twarze wydają się chłopcu znajome, niektóre są do siebie podobne. Figurki lądują w pudełku. Pudełko ląduje pod pachą. Chłopiec ląduje na ulicy.