Monday, January 6, 2014

Iter

     Nad egzotycznym jeziorem  latały egzotyczne ptaki, egzotyczne ryby pluskały w wodzie, a egzotyczne zwierzęta biegały po egzotycznej dżungli. Tak właśnie odbierał to, zwiedzający Afrykę, Turysta. Od dawna marzył o tym, aby odwiedzić ten kontynent, chłonął tę egzotykę całym swoim "ja", całym swoim ciałem, całym swoim umysłem. Starał się odbierać jak najwięcej bodźców, aby móc wiele opowiedzieć swojej żonie oraz synowi, kiedy wróci już do domu. A przynajmniej tak wyglądało to dla postronnego obserwatora.
     Obok niego szli jego przyjaciele, z każdym z nich łączyło go mnóstwo przygód, zarówno strasznych jak i szczęśliwych. Znali się od dziecka, razem łowili ryby, chodzili na imprezy, ścigali się samochodami i rzucali cegłami. Zwykle nocą, w okna nielubianych kolegów, złośliwych belfrów, wścibskich sąsiadów. Szanowali jednak swoich rodziców, swoje pochodzenie, a także siebie nawzajem. Ich rodziny także przyjaźniły się, często spotykali się razem, a wszyscy opowiadali sobie ciekawe historie. Na Wigilii kilka lat temu, wujek Turysty opowiedział im wszystkim o niezwykłych historiach, jakie udało mu się przeżyć w oddziałach specjalnych. Historie te, tak ich urzekły, że, dosłownie kilka tygodni później, wszyscy zapisali się na listę werbunkową.
     Proceder porywania ludzi nie był wprawdzie niczym nadzwyczajnym w tych rejonach świata, ale ci konkretni handlarze czymś się różnili. Zdawało się, że za tym wszystkim stoi coś większego, porywano najbogatszych, najważniejszych ludzi. Często nawet jeśli uzgodniono wycieczkę z innym przewodnikiem, ten nagle, tuż przed ustalonym terminem, stawał się niedysponowany. A tacy ludzie nie mogą się całkowicie odprężyć, nawet na wakacjach. Ich terminarz jest zbyt napięty, na ich wycieczkach wszystko musi iść zgodnie z planem. Akurat przypadkiem, ten sam przewodnik jest zawsze wolny w danym terminie. I, także przypadkiem, najbliższa rodzina musi wysłać pokaźny czek, aby odzyskać swojego chlebodawcę. Wiadomo, że duże pieniądze dosyć często wpływają na losy państw. Jedno z nich, pod wpływem pewnej grupy niegdyś porwanych przedsiębiorców, zgodziło się więc wysłać Turystę oraz jego oddział, aby poradzili sobie z bandytami.
     I tak wylądowali tutaj, z fałszywymi dokumentami oraz fałszywymi historiami. Odziani w dopasowane stroje, pod którymi skrywali broń, prowadzeni przez miejscowego, podejrzewanego o handel ludźmi, przyjaciele przedzierali się przez dżunglę. Udawali bogatych, zachodnich przygłupów, zachwycających się egzotyką, dziką naturą oraz całą resztą. Nie miało to zresztą większego znaczenia, prowadzący ich tubylec wyceniał już jak drogo sprzeda firmowe garnitury, drogie buty oraz najprzeróżniejsze noszone przez nich akcesoria, a nie zajmował się ich grą aktorską.
     Kiedy zza zakrętu wyskoczyli uzbrojeni wspólnicy przewodnika, biznesmeni rzucili się na ziemię i zaczęli błagać o litość. Związano ich oraz zaprowadzono do siedziby porywaczy. Nikt nie trudził się przeszukiwaniem, ani zdzieraniem ubrań, nikomu nie wydawało się dziwne, że porwani wyglądali na nieco zbyt wysportowanych w porównaniu do większości bogatych turystów. Wrzucono ich wszystkich razem do jednego pomieszczenia i zamknięto za nimi drzwi. Żołnierze szybko rozcięli swoje pęta przy pomocy ukrytych noży, wyjęli broń, po czym zebrali się w grupę. Forteca była olbrzymia, ale nie miało to aż takiego znaczenia. Komandosi nadali sygnał satelitarny oraz rozdzielili się na dwie, czteroosobowe grupy. Kiedy z pobliskiej bazy wojskowej startowały dwa helikoptery, kolejni tubylcy padali z przeciętymi gardłami.
     Prawdopodobnie wszystko skończyłoby się błyskawicznie, gdyby nie totalnie przypadkowo podniesiony alarm. Komandosi utracili element zaskoczenia, handlarze naciskali ich coraz bardziej. Przyjaciele umierali jeden za drugim, nie mogli jednak w żaden sposób sobie pomóc. Patrzyli jak kolejne wspomnienia zostają za nimi, wspólnie rozbite samochody, głowy, butelki. Wycofując się , udało im się spostrzec, wyglądający dużo solidniej niż pozostałe, budynek. Wtargnęli do niego. We dwóch. Tylko tylu zostało. Kiedy zamykali drzwi, usłyszeli za sobą głos, wykrzykujący coś w dziwnym języku. Obracający się Turysta spostrzegł dziwnego Murzyna, poprzebijanego kawałkami kości oraz wytatuowanego w dziwne wzorki. Jego przyjaciel leżał z głową przybitą włócznią do ściany. Cała sytuacja wydała się Turyście abstrakcyjna, za nim kilkudziesięciu uzbrojonych dzikusów strzelało do niego z karabinów automatycznych, a tu jakiś dziwak rzuca włócznią. Tubylec dziwnie szybko rzucił się w jego stronę, nim komandos zdążył wycelować. Starzec poruszał się niezwykle szybko, kopnięcie wytrąciło pistolet, jedna ręka z nożem wyskoczyła do przodu, żołnierz zdołał tylko zablokować ją prawym, pozbawionym przed chwilą broni, przedramieniem.Turysta wciąż posiadał jednak nóż w drugiej ręce, wraził go więc w trzewia dziwaka.
     "I wanaowalaani..."- wydukał starzec, nie zdołał jednak dokończyć. Palba karabinowa zaczynała ucichać. Wiedziony dziwnym impulsem, turysta podniósł nóż starca. Było to długie, ceremonialne ostrze. Ozdobiono je klanowymi symbolami, a rękojeść była wyrobiona z hebanu. Żołnierze odeskortowali wciąż oszołomionego Turystę do helikoptera. Po powrocie do kraju natychmiast wystąpił o zwolnienie ze służby, po czym wrócił do domowego życia. Na dziesiąte urodziny podarował synowi zdobyczny nóż. Wkrótce jego rodzina i przyjaciele zrywali z nim kontakt, a on sam zaczął zaglądać częściej do kieliszka niż do własnego syna.

No comments:

Post a Comment